Skip to main content

Full text of "Z dziejów Hajdamaczyzny"

See other formats


a 





uu 


^^^^^s 


^^O) 


o ^ 


^SSi^^^S 


z lO 






£^^co 




fe^H^ 




t^Eo 


Ui = 

g = 


^=— (J3 


^ i^rsi^ 


= T— 


^^^^^^ 


^^^^^^ 


00 





^« 



?jxmĄ^^l m 



iSf^.'^ 





P2irchased for the 
LiBRARY of the 

UNIVERSITY OF TORONTO 

froiu the 

KATHLEEN MADILL BEQUEST 




I z DZIEJÓW HAJDAMACZYZNY 



KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓkKI. 



DZIEJE POROZBIOROWE NARODU POLSKIEGO 
W ŻYWEM SŁOWIE 



VI. 

Z DZIEJÓW 
HAJDAMACZYZNY 

CZĘŚĆ II. 

z PRZEDMOWĄ 

HENRYKA MOŚCICKIEGO 

Bezpłatny dodatek dla prenumeratorów « Tygodnika Illustrowanegoi 



WARSZAWA 

NAKŁADEM GEBETHNERA I WOLFFA 

KRAKÓW — Q. GEBETHNER I SPÓŁKA 

1905 



0/( 

■7 



J^03B0JieH0 n,eH3ypoKt. 
Bapmasa 3 CeHTHÓpa 1905 r. 




PRZEDMOWA. 



Tom niniejszy składa się z dwóch części. 
W pierwszej dajemy w streszczeniu nieznaną 
relacyę Stanisława Kruszelnickiego o rzezi hu- 
mańskiej (z rękopisów Arcliiwum ord. hr. Kra- 
sińskicti), list Jakóba Kwiatkiewicza, guberna- 
tora włości targowickiej, do Franciszka Salezego 
Potockiego o wypadkacti zaszłycłi w Humaniu 
w r. 1768, wreszcie interesujący dokument p. t. 
»Skargi i zażalenia księży Unitów*. Ten ostatni 
zasługuje na uwagę ze względu na wierne i pro- 
ste opisanie ciężkich przejść, doświadczanych 
przez duchowieństwo unickie w czasie zamieszek 
hajdamackich. 

W części drugiej, składającej się z ułamka 
pamiętnika Chrząszczewskiego, oraz paru roz- 
działów .Pamiętnika anegdotycznego z czasów 
Stanisława Augusta « (wydanie Kraszewskiego, 
Poznań 1867), podajemy charakterystyki przed- 
stawicieli kresowych fortun magnackich. Za- 
strzedz przytem należy, że wszystkie te chara- 



— 6 - 

kterystyki grzeszą pewną przesadą w przedsta- 
wianiu zasług obywatelskich osobistości takich, 
jak Franciszek Salezy i Szczęsny Potoccy, oraz 
pani Kossakowska. Pamiętnikarze, zapewne bli- 
zcy tych ludzi, nie potrafili zachować właściwej 
miary przy ocenie przedsięwzięć politycznych 
swych dobrodzie»jów. Brak w tych relacjach 
wytrawnego sądu krytycznego, wiele jednak 
ciekawych szczegółów obyczajowych nadaje 
rzeczonym wiadomościom wartość interesującą. 
W tem też jedynie przekonaniu ogłaszamy je 
obecnie. 

Henryk Mościcki. 



Opisanie rzezi umańskiej w roku 1768 w miesiącu 
junii przez Maxyma Żeleźniaka, kozaka zaporozkie- 
go i Gonty, pułkownika kozackiego, a poddanego 
jW. Potockiego, wojewody kijowskiego potenczas, 
przez Stanisława Kruszelnickiego. 

Do kilku ogłoszonych dawniej pamiętników 
o rzezi humańskiej, przybywa obecnie relacya 
niniejsza, skreślona przez Stanisława Kruszelni- 
ckiego. O osobie pamiętnikarza mało posiadamy 
wiadomości, wiemy tylko, źe pochodził z po- 
wiatu źydaczowskiego w województwie ruskiem, 
ojciec jego był towarzyszem pancernym w cho- 
rągwi hetmana Rzewuskiego za czasów Augu- 
sta III, następnie zaś rządcą dóbr Buki w po- 
wiecie humańskim, które hetman Rzewuski dzier- 
żawił od Potockich. Kruszelnicki był energi- 
cznym administratorem i wkrótce założył sześć 
nowych folwarków; udał się też na Sicz, gdzie 
zawarł umowę z koszowym, na mocy której 
otrzymał 300 par wołów i 100 koni na pierwsze 
zagospodarowanie, koszowemu zaś obowiązał się 
wzamian dostarczać corocznie z majętności bu- 



- 8 - 

kowskiej pewną ilość wódki, krup, jagieł i sło- 
niny. Obie strony zaręczyły sobie przytem opie- 
kę i wzajemną pomoc. Ten stosunek z kozakami 
ocalił Kruszelnickiemu i jego rodzinie życie 
w czasie buntu r. 1768. Stanisław, jako dziecię 
ośmioletnie, ocalał z ogólnego pogromu hajda- 
mackiego, krwawe jednak obrazy rzezi głęboko 
zapadły w umysł chłopca, opowiadania zaś 
współczesnych utrwalały w pamięci wspomnie- 
nie wstrząsających przejść, których był świad- 
kiem ^). Opowiadanie swe spisywał na schyłku 
życia, siedząc we wsi Mytnicy w województwie 
kijowskiem, gdzie przez szereg lat był urzędni- 
kiem celnym przy komorze granicznej i gdzie 
zmarł w r. 1841. »Opisanie rzezi« poświęcił 
Kruszelnicki marszałkom Borejce i Kulikowskie- 
mu, których znał oddawua i którzy też zapewne 
zachęcili starca do przekazania potomnym wspo- 
mnień młodości. 

Chaotyczna i niewyszukanem skreślona pió- 
rem relacya Kruszelnickiego, nie nadaje się do 
ogłoszenia drukiem w całości, zbyt wiele w niej 
balastu anegdotycznego, pozbawionego cech au- 
tentyczności, ciągłe zaś zbaczania od głównego 



*) Wiadomości o rzezi w Humaniu, dostarczyli Kru- 
szelnickiemu: sekretarz Gonty, Sirociuski i żonaty z sio- 
strą naszego pamiętnikarza iustygator Dziewczopolski, 
który obecny był przy egzekucyach nad hajdamakami; 
osoby przeto wiarogodne i dobrze poinformowane o prze- 
biegu opisywanych poniżej wypadków. 



_ 9 - 

tematu, oraz styl autora pełen rażących nieraz 
usterek, nie kwalifikują » Opisania « do podania 
go w tej formie, w jakiej zostało ułożone. Je- 
szcze jedną wadą, wspólną wszystkim dotychcza 
sowym wiadomościom pamiętnikarskim o buncie 
r. 1768, jest nieścisłość w podawaniu faktów, 
spowodowana okolicznością, iż autorzy dziecię- 
cemi oczyma patrzyli na wypadki, które na- 
stępnie w późnym dopiero wieku spisywali. Nie 
posądzamy Kruszelnickiego o rozmyślne fałszer- 
stwo, niedokładności jego »Opisania« wynikły 
z powyżej wyłuszczonych powodów, stąd wiele 
w niem gadulstwa i dygresyi zgolą zbytecznych. 
» Opisanie rzezi umańskiej« Kruszelnickiego 
podajemy w obszernem streszczeniu, za auten- 
tyczność podanych przez autora faktów nie bio- 
rąc odpowiedzialności. 



Maksym Żeleźniak, rozpoczyna Kruszelnicki, 
miał swój pułk 19-sty, z którym częste odbywał 
napady na pogranicze tatarskie, rabował konie, 
woły, krowy i owce, gwałcił kobiety. Han ta- 
tarski (krymski) zniecierpliwiony ustawicznymi 
rabunkami, zaniósł zażalenie do cesarzowej Ka- 
tarzyny II, która wyznaczyła trzech generałów (!) 
dla rozpatrzenia pretensji tatarów. Ci stwierdzili 
winę Żeleźniaka i wydali wyrok skazujący ata- 
mana na odebranie pułku, pozbawienie rangi 
i karę śmierci. Po odjeździe generałów, do ko- 



-le- 
szowego, czyli hetmana zaporozkiego, przybyło 
trzydziestu dziewięciu pułkowników z oświad- 
czeniem, iż jeśli tenże nie zmieni wyroku na 
Żeleźniaka, wówczas oni wypowiedzą posłuszeń- 
stwo i poddadzą się Turkom, Koszowy uległ 
groźbom i zamienił wyrok śmierci na odesłanie 
Żeleźniaka do monasteru motrenińskiego na czte- 
roletnią pokutę. W monasterze powyższym od- 
bywał się wielki odpust doroczny na Zielone 
Święta. Ihumen (przełożony) ^) ugaszczał licznych 
przybyszów i szerokie czynił im nadzieje na 
uwolnienie od poddaństwa i przywrócenie Siczy 
na prawym brzegu Dniepru. Plany te trafiały 
do przekonania ludu, który coraz chętniej od- 
wiedzał gościnnego ihumena. W tym samym 
czasie odbywały się na Ukrainie misye religijne 
00. Bazylianów i 00. Franciszkanów, które, 
zdaniem Kruszelnickiego, wywierały nader zba- 
wienny wpływ na obyczaje miejscowej ludności. 
Wkrótce jednak rozpoczęła się ostra rywaliza- 
cya między duchowieństwem unickiem, a dyzu- 
nickiem, w szczególności od czasu, gdy lwowski 
metropolita unicki Ryło wyświęcać zaczął więk- 
szą ilość księży unickich , biskup zaś perejasław- 
ski (Gerwazy Lincewski) kapłanów wschodniego 
obrządku. 

Unitów otaczali swą protekcyą dziedzice, 
rządcy i komisarze dóbr, wypędzali zaś z pa- 



') Melehizech Znaczko Jaworski. (H. M.) 



— 11 — 

rafii duchownych dyzunickich. Ci ostatni znaj- 
dowali ucieczkę w monasterze motrenińskim, 
dokąd przychodzili ze skargami na » panów* 
i żydów, którzy uciemiężali poddanych, rozpa- 
jali lud na weselach, chrzcinach i pogrzebach, 
następnie zaś wywierali egzekucyę , zabierając 
Jia bezcen cały dobytek. Ihumen słuchał tych 
karg, nakazując poszkodowanym cierpliwość, 
łbiecując porozumieć się z Żeleźniakiem i przyjść 
im z. pomocą. 

W tym czasie zawiązaną została konfedera- 
cya barska. Szlachta, pisze Kruszelnicki, zmu- 
szała, aby wszyscy stanęli do konfedeiacyi, siłą 
zabierając gospodarzy, obywateli, komisarzy, 
ekonomów i t. d., kto zaś był niezdatny, musiał 
dać za siebie żołnierza z bronią, koniem, amu- 
nicyą i pieniędzmi na drogę. Cala Ukraina zo- 
stała ogołoconą z wojska, jedynie w Humaniu 
pozostali kozacy nadworni Potockiego w hczbie 
1500 ludzi, pod wodzą pułkownika Gonty, pię- 
ciuset dragonów i piechoty, wreszcie sześćdzie- 
sięciu artylerzystów z dwunastu armatkami. 
Humań otoczony był wysokim wałem i palisadą, 
trzy pilnie strzeżone bramy wiodły do miasta, 
dokąd ściągała okoliczna szlachta z obawy przed 
konfederatami i hajdamakami, którzy bezkarnie 
grasowali, rabując mienie obywateli; od żydów 
domagali się pieniędzy, » sypiąc im za cholewy 
i w spodnie rozpalone węgle«. Wiele fur żydow- 
skich, naładowanych wszelkiego rodzaju sprzę- 



— 12 — 

tami, stało pod wałami, nie mogąc dotrzeć z bra- 
liu miejsca do środka miasta. Działo się to w mie- 
siącu maju. 

Dalej opowiada Kruszelnicki, jak pewien pod- 
jazd polski rozbił hajdamaków w pobliżu mona- 
steru motrenińskiego. Jeden z rannych towarzy- 
szy pancernych, »mazur krakowiak*, znalazł 
przytułek w klasztorze, gdzie następnie pozostał 
w charakterze posługacza. Akurat w tym czasie 
był w klasztorze na pokucie Żeleźniak; znał 
on wszystkich czerńców, najbardziej jednak 
upodobał sobie pewnego mnicha, który ładny 
miał charakter pisma. Przy nim właśnie był po- 
sługaczem ów » mazur «, wzięty przed laty ośmiu 
z pola bitwy. Pewnego dnia, gdy posługacz od- 
poczywał na piecu, przyszedł do celi Żeleźniak 
i wdał się w gawędę z mnichem, nie podejrzy- 
wając, aby ktoś mógł go podsłuchiwać. Dla za- 
chęty przyniósł flaszę wódki i gdy mnich wy- 
mawiał się od picia, Żeleźniak zagroził mu no- 
żem. Wreszcie wyjął jakiś papier z zanadrza 
i kazał pisać czerńcowi. Pismo głosiło, że należy 
odebrać Ukrainę lachom aż po Słucz i Dniestr, 
wyrżnąć żydów. Sicz na nowo utworzyć i w ten 
sposób uwolnić kozaków od jarzma polskiego. 
Hetmanem mianowany zostaje Żeleźniak. Na- 
stępnie mnich napisał jeszcze list do Żeleźniaka, 
niby od cesarzowej Katarzyny, na którym przy- 
łożył pieczęć z orłem. Po napisaniu rzeczonych 
dokumentów, oblał Żeleźniak twarz czerńca 



13 



wódką i zabił, nóż zaś wetknął mu w rękę, aby 
przypuszczano, źe ten popełnił samobójstwo. 
Posługacz widział to wszystko, milczał jednak 
z obawy przed zemstą. Następnego dnia namó- 
wiony przez Żeleźniaka kozak przyszedł w czasie 
nabożeństwa do cerkwi i oddał mu fikcyjny list 
cesarzowej. Żeleźniak polecił pismo odczytać lu- 
dowi, poczem bito w dzwony i śpiewano. Cały 
tydzień podejmowano gromadę hajdamacką, która 
wkrótce wzrosła do liczby pięciu tysięcy ludzi. 
Wówczas udano się do Żabotyna i Łysianki, 
zabijając po drodze księży unickich i żydów. 
W niektórych »prichodach« (parafiach) spoty- 
kano Żeleźniaka chlebem i solą z asystą popów 
i procesyi z chorągwiami. Oddział watażki rósł 
z dnia na dzień. Co jest przytem charaktery- 
styczne, że o ile starsi chłopi chętnie przyłą- 
czali się do kupy hajdamackiej, o tyle młodsi 
garnęli się niechętnie. Później na inkwizycyach, 
pisze pamiętnikarz, okazało się, że ojcowie swych 
synów siłowali, aby szli do Żeleźniaka, lecz ci 
kryli się, uciekali do lasów i nie chcieli iść do 
buntu. Autor widzi w tych objawach dobro- 
czynny wpływ działalności misyjnej Bazylia- 
nów. 

Ściągnięto wreszcie pod Humań. Do pułko- 
wnika Gonty wysłali żydzi humańscy deputacyę 
z prośbą, aby miasta nie oddawał, obiecując ku- 
pić mu wieś i znaczny złożyć okup; radzili 
bronić się do upadłego, proponując, aby wszyst 



— 14 — 

kie naczynia cynowe przelać na kuie. Gonta 
przyrzekł walczyć do ostatka. 

O pertraktacyach powyższych dowiedział się 
gubernator Mładanowicz; niezwłocznie wezwał 
Gontę i radził nie dotrzymywać umowy z ży- 
dami; w Humaniu wiele jest szlachty, dowodził, 
która prawuje się z Potockim nieomal o po- 
łowę Humańszczyzny, będzie przeto korzy- 
stniej, gdy porozumiawszy się Żeleźniakiem, wpu- 
ści się go do miasta z warunkiem, aby księży, 
studentów i osoby wskazane oszczędził, resztę 
zaś wymordował, tym sposobem zasłuży się na 
wdzięczność wojewody kijowskiego. Gonta na 
propozycyę Mładanowicza przystał, jednak po 
widzeniu się z Żeleźniakiem, obiecującym mu 
stanowisko władcy całego Pobereża, zdradził 
zaufanie gubernatora i przyłączył się do gro- 
mady hajdamackiej. Nastąpiła rzeź, trwająca 
dni dziesięć. Kilku ocalonych dało znać do 
Czarnobyla, włości Chotkiewicza, pośpieszono 
z odsieczą. Tymczasem Żeleźniak posłał do Sze- 
lesta do Bohusławia z żądaniem, aby ten do 
niego się przyłączył, za co dostanie starostwo; 
Szelest odmówił. Pułkownik Kopytkiewicz z Bia- 
łejcerkwi na razie był się zgodził przystać do 
watażki, lecz na wieść o zbliżaniu się wojsk 
regularnych zamiaru zaniechał. 

Wojsko Żeleźniaka zmalało do tysiąca ludzi, 
reszta obłowiwszy się łupami rozpierzchła. Gonta 
uciekł do Serbów pod Mohylowem. Żeleźniaka 



15 



schwycił rotmistrz Balewicz i wraz z piętnastoma 
zaporożcami odesłał do Perejesławia, gdzie byli 
karani knutem. Tenże Balewicz naliczył w Hu- 
maniu i okolicach 85.125 trupów, nie licząc 
wrzuconych do studzien. Koło każdego niemal 
domu w Humaniu znaleziono po 30—40 trupów 
co dowodzi, jak uparcie broniono się przeciw 
hajdamakom. Zdaniem Kruszelnickiego, Huma- 
nia nigdyby nie zdobyto, gdyby nie zdrada 
Gonty. 

Egzekucya nad buntownikami trwała dwa 
lata; 27 tysięcy ludzi bądź powieszono, bądź 
ćwiertowano. Gontę wbito na pal. Wyroki wy- 
konywano w Żytomierzu, Kodni, Trojanowie, 
Białejcerkwi i Tetijowie. 



Skargi i zażalenia xięźy Unitów obrządku greckiego 
archidyecezyi kijowskiej, wniesione do aktów grodz- 
kich województwa kijowskiego. 

(»Akta grodzkie i ziemskie z czasów Rzeczj' pospolitej 

polskiej z archiwum tak zwanego bernardyńskiego we 

Lwowie*. Lwów 1868, t. I., str. 163—179). 

Wypis z xiąg grodzkich województwa kijow- 
skiego roku tysiąc siedmset sześćdziesiątego 
ósmego, miesiąca Decembris dwudziestego dru- 
giego dnia. 

Na urzędzie grodzkim w mieście jego kró- 
lewskiej mości Żytomierzu, przedemną Józefem 
Polanowskim, namiestnikiem protunc grodzkim 
generału województwa kijowskiego i xięgami 
niniejszemi grodzkiemi kijowskiemi przyszedłszy 
osobiście przewielebny jegomość xiądz Jan Roch 
Kościuszko, dziekan radomyślski, paroch cerkwi 
czopowieckiej, ritus graeci lałino unitij swym i ni- 
żej po imionach i przezwiskach wyszczególnio- 
nych przewielebnych, wielebnych w Bogu ich- 
mościów xięży dziekanów, parochów, komenda- 
rzów, wikaryuszów i całego duchowieństwa ar- 
chidyecezyi metropolitańskiej kijowskiej, przez 



— 17 - 

województwa kijowskie i bracia wskie extendo- 
wanej, skarżąc i manifestując się, oświadczenie 
i użalenie podpisami niżej wyrażonymi osób du- 
chownych własnymi zatwierdzone, do akt ni- 
niejszych podał takowe. My niżej na podpisach 
wyrażeni dziekanie, parochowie, komendarze, 
wikary uszo wie w archidyecezyi metropolitańskiej 
kijowskiej w Królestwie polskiem, przez woje- 
wództwa kijowskie i bracławskie extendowanej, 
riłus graeci latino unitij od zajuszonego hajda- 
mactwa i poduszczonego chłopstwa strachem 
okrutnego morderstwa i wypraktykowanej na 
współbraci naszych tyrańskiej śmierci przera- 
żeni, od domów i własności swojej przepędzeni, 
w różne miejsca rozprószeni, po cudzych do- 
mach, jamach, lochach, ciemnych lasach, ba- 
gnach i błotach, niektórzy w kraju rosyjskim, 
tatarskim i wołoskim dotychczas kryjący się, 
świeżo dopiero przez przygaszenie hajdamackiego 
pożaru, od wojsk Najjaśniejszej Imperatorowej 
Jejmości i Pana naszego miłościwego, aczkolwiek 
ubezpieczeni do domów swoich przybyli, drudzy 
dla tegoż ognia jeszcze nie ugaszonego na Wo- 
łyniu w cudzych kątach mieszczący się, et men- 
dicato pane przebywający, teraz wraz zgroma- 
dzeni succurrendo integritati viłae suae et saluti 
aeternae swem i współkolegów naszych dzieka- 
nów, parochów, komendarzów, wikaryuszów i ca- 
łego duchowieństwa, dla odległości jednych, dru- 
gich dla słabości, innych podezelowanych, propter 



- 18 — 

summam egestatem ad acta praesenłia adire nie mo- 
gących imieniem, z wyraźnej sumienia naszego 
obligacyi, primario przed najwyższym sędzią Bo- 
giem, w Trójcy świętej jedynym, skrytości serc 
ludzkich widzącym, deinde przed aktami niniej- 
szymi dla wiadomości publicznej całemu światu, 
jako najuroczyściej in diligentia sui oświadczamy 
i użalamy w sposób takowy oto: iż straszliwa 
praktyka w kraju polskim, Ukrainą nazwanym, 
dosyć stała się jawna, jak stan szlachecki roku 
teraźniejszego tysiąc siedmset sześćdziesiątego 
ósmego, od mało rozumnego, poduszczonego 
i zbuntowanego, na bezbożną zuchwałość chłop- 
stwa i hajdamaków niezliczenie, szkaradnie i ty- 
rańsko, z wszelkich ruchomości i samego ka- 
żdemu najmilszego został rozbity życia, jak 
xięża ritus latini et graeco uniti współbracia nasi, 
przez okropną tyranią, męczeńskie podjęli śmierci, 
jak wielebny xiądz Tomasz Piskunowski, paroch 
kościański, dekanatu kaniowskiego, dla admini- 
strowania sakramentu chrztu św. do miasta Ka- 
niowa przybyły, pierwej niemiłościwie od zaju- 
szonego hajdamactwa kijmi bity, potem za mia- 
sto wyprowadzony, od Semena Nieżywego, tak 
zwanego watażki hajdamaków, zastrzelony zo- 
stał. Wielebny xiądz Atanazy, paroch jabło- 
nowski dekanatu kaniowskiego, przed złością 
kupiącą się hajdamacką pod mostem ukryty, 
a ztamtąd wywleczony, bity, potem przy szpi- 
chlerzu żydowskim jest zawieszony. Wielebny 



- 19 - 

xiądz Jan Połuszyn, paroch walawski dekanatu 
śmilańskiego, cerkwi ofiarowania Najświętszej 
Panny Marji, przed tąż złością uciekający, w mie- 
ście Mosznach od chłopów złapany, związany 
i do łiajdamaków, podtenczas w mieście Kanio- 
wie znajdujący cłi się, zaprowadzony, przez po- 
strzały ostatniego w ręce boskie polecił ducłia. 
Wielebny xiądz Teodor Gdyszycki, paroch mchle- 
jowski, cerkwi pod tytułem Przemienienia Pań- 
skiego, dekanatu śmilańskiego, w własnym ple- 
banii swojej domu pierwej postrzelony, potem 
za włosy szarpany, po ziemi włóczony, nakoniec 
spisami pchnięty. Wielebny xiądz Mikołaj, pa- 
roch Zawadowski tegoż dekanatu, głębokim lat 
sędziwych obciążony wiekiem, a przeto od pa- 
łającego tyrańskich furyj uchylić się nie mo- 
gący pożaru, we wsi Zawadówce od hajdama- 
ków wraz z synem swoim pojmany, za szyję 
powrozem wzięty, o milę wielką obok konia do 
miasteczka Korsunia prowadzony, tam najpier- 
wej w zamku od Maxyma Żeleźniaka, hajdama- 
ków herszta, obuchem po głowie bity, raniony 
i skrwawiony, potem z synem wraz związany 
i na rynek wyprowadzony, strzelany i kłóty, 
męczeńskie Bogu oddali dusze. Wielebny xiądz 
Prokopiusz Szapowaleński, cerkwi Trójcy świętej, 
paroch bohusławski, że chorobą od Boga nawie- 
dzoną panią Mulińską, obrządku rzymskiego 
szlachciankę, na śmierć dysponował i tejże 

wkrótce pobożnie zmarłej przy cerkwi swojej 

2* 



- 20 - 

katolickie pochował ciało, natycłimiast od przy- 
byłych hajdamaków okrutnie zabity i zamordo- 
wany, przy tejże cerkwi, do której za życia 
statecznem był przywiązany sercem od pobo- 
żnych parochian swoich śmiertelne położył pro- 
chy. Wielebny xiądz Stefan Beregiela, paroch 
rososki dekanatu kalnickiego, we wsi Rososzy 
od hajdamaków okrutnie ubity i zamęczony. 
Wielebny xiądz Ignacy, paroch pomynicki, 
dekanatu ży wotowskiego , zabity. Wielebny 
xiądz Sabba Bożkiewicz, paroch hołodkowski 
dekanatu źy wotowskiego, pośród miasta Ży- 
wo to wa, pierwej strzelany, potem spisami 
skłóty. Wielebny xiądz Tymoteusz, paroch śmiel- 
czyński, kijmi ubity. Wielebny xiądz Jan Woł- 
kowiński, paroch cerkwi pod tytułem św. Miko- 
łaja umańskiej, nahajami po wszystkich ciała 
częściach bity i zamordowany. Wielebni xięża 
Jan i Bazyli Nieczajewscy, paroch i wikaryusz 
pisarzewscy dekanatu umańskiego, pierwszy od 
chłopów, parochian swoich, drągami ubity, drugi 
od tychże chłopów szarpany, w ich ręku swego 
Bogu polecił ducha. Wielebny xiądz Marcin Je- 
zierski, paroch daćkowski dekanatu korsuńskiego, 
po dwakroć razy od hajdamaków wieszany i ury- 
wany. Wielebny xiądz Mikołaj, paroch hruziań- 
ski dekanatu śmilańskiego, i wikaryusz jego 
w jamę głęboką na głowę od hajdamaków wtrą- 
ceni, z tej do wieczności przeniesieni. Wielebny 
xiądz Atanazy, paroch murzyński dekanatu kor- 



— 21 — 

suńskiego, skłóty. Jak przewielebni: Roman Sko- 
czyński, surrogat bracławski, oczeretniański; 
Korneliusz Szpanowski, dziekan żywotowski; 
Stefan Komarnicki, dziekan umański, Skalski, 
plebani i innych wielu niemiłosiernie bici, mor- 
dowani, wrzącymi węglami pieczeni, z zdrowia 
i wszelkich sprzętów i ruchomości ogołoceni. 
Jak kościoły i cerkwie, dla chwały samemu 
poświęcone Bogu, bezbożnie sprofanowane, jak 
sam Bóg najwyższy, w tychże domach dla uwiel- 
bienia siebie wystawionych pod widocznemi oso- 
bami ukryty, łotrowskiemi był podeptany noga- 
mi. Stwórca od stworzenia swego zelżony zo- 
stał! Jak też domy boże, z swojej ogołocone 
ozdobności i sprzętów, na ostatnie szyderstwo 
użytych, bo w te ustroiwszy się hajdamacy tań- 
cowali, potem szarpali, rozdzierali i zgromadzo- 
nemu na widok rozdawali chłopstwu, drugimi 
bezrozumne bydlęta od zajuszonej złością 
były nakrywane ręki; jak kościelne naczy- 
nia, do zwyczajnego z wielkiem pogorszeniem 
były zażywane napoju; jak straszliwie z bez- 
krwawej ofiary i innych sakramentów, kościel- 
nych ceremonii i obrządków przy dopiero rze- 
czonych ucztach i pijatykach bezbożnie szydzono 
i wyśmiewano się. Jak matki dzieci karmiące, 
drugie w ciężarze spodziewającego płodu zosta- 
jące, rozcinane, strzelane i kopijami przebijane, 
wraz z tymże płodem swoim ostateczny śmierci 
męczeńskiej okrutny ponieśli upadek; jak po 



- 22 — 

zaszłej śmierci matek, płód żywy, w wnętrzao- 
ściacłi macierzyńskicli się pokazujący, przez 
okrutne po żołądku matek kijmi i natiajami bicie 
zabijany, jak z wnętrzności macierzyńskicli wyj- 
mowane dzieci, w górę na spisacłi podniesione, 
na widok przytomnemu pokazywane chłopstwu; 
jak niewinni katolicy oclio sancłae fidei romanae 
do słupów przywięzani, od postrzałów i kłucia 
spisami z ostatniego byli rozwiązani życia. Jak 
wierni katolicy dla ochrony życia do przyjęcia 
chrztu sakramentu, przez charakter na duszy 
wyrażony, na wieki niezmazany, a przez to 
powtórzenia mieć nie powinny, byli siłowani. 
Jak duchowni do dawania tego sakramentu, 
z ceremoniami od hajdamaków okazywanemi, 
przez bicie nahajami po głowach tychże byli 
przynagleni i przymuszeni. Jak osoby szlachetne 
płci słabej, jedne szkaradnie zgwałcone, drugie 
w społeczność grubemu pooddawane chłopstwu 
zostały. Jak poduszczone w złości wrzącej zo- 
stające chłopstwo, kryjących się katolików w lo- 
chach i jamach podziemnych i gęstych lasach, 
z tych niemiłościwie wywlekali, ukrytych zaś 
po lasach, obławą ścigali i szukali, a wynale- 
zionych bez żadnej litości i kompasyi, jak owie- 
czki niewinne, jednych na miejscu zabijali, dru- 
gich powięzanych błahej nadgrody nadzieją (bo 
rubla jednego za jedną osobę katolicką od haj- 
damaków sobie przyrzeczonego) zdjęci, a w sa- 
mej istocie niepohamowaną złością od hajdama- 



- 23 - 

ków sobie wlaną poruszeni, przywozili i przy- 
prowadzali; jak zhukanego chłopstwa dzieci 
patrząc się na okropną tyranią przez ojców 
swoich nad katolikami i niewiernem źydostwem 
czynioną, podobnież dzieciom katolickim czynili, 
uciekające w pola i lasy sami ścigali, wynajdo- 
wali i okrutnie zabijali. Jak ciała katolickie, 
które hajdamacy chować zakazywali umyślnie, 
aby psom i ptactwu na pastwę poszły, po ryn- 
kach, ulicach i po polach od bestyj rozwlekane 
byiy. Jakie nakoniec, w najgrubszych narodach 
pogańskich niesłychane, na osobach katolickich 
bez wszelkiego względu płci i kondycyi i mało- 
letnich młodzieńcach i panienkach, tudzież je- 
szcze dzieciach przy piersiach będących działy 
się morderstwa i okrucieństwa, których tak 
w krótkim czasie jeszcze zupełnie nie uspoko- 
jonym pobożna ludzka dociec i osiągnąć nie 
może ciekawość. Że tak dalece zagrzane i bun- 
towniczą swawolą rozpalone kupy, po całej 
Ukrainie polskiej rozszerzyły się, że niewinnym 
katohkom niemniej i niektórym niniejszym ża- 
lącym i oświadczającym się, dla wielkiego prze- 
śladowania z przyczyny iż in riłu graeco unito 
zostają, innej od złośników do uchylenia się 
i salwowania życia nie było drogi prócz tej, 
którą przez hajdamaków i zbuntowane przez 
siebie chłopstwo wielebny ojciec Melchizedech 
Jaworski, z monastyru O. O. Bazyhanów motre- 
nińskiego nieuniackiego w lesie, dóbr klucza 



/ 



— 24. — 

źabotyńskiego j. o. xiążęcia jmci Lubomirskiego, 
wojewody bracławskiego dziedzicznych będącego, 
ihumen, pokazał i otworzył, abyśmy się do bi- 
skupa perejesławskiego zagranicznego, najprze- 
wielebniejszego Gerwazego Lincewskiego nieu- 
nity udawali, wszelkie nasze ductiowne rekursa 
odtąd czynili i jego zasłony szukali, przed któ- 
rym, gdy swego rodowitego i poprzysiężonego 
wyznania i z kościołem św. katolickim zjedno- 
czenia się odstąpimy i wyprzysięźemy, pewnie 
w życiu i swem ubóstwie mamy ocaleć. Dawno 
tej swojej roboty, teraz na widok całemu światu 
pokazanej i nadchodzącym wiekom do pamiątki 
podanej, wyżej rzeczony wielebny ojciec Melchi- 
zedech Jaworski, ihumen motreniński, osnowę 
knował i układał, kiedy od roku tysiąc siedmset 
sześćdziesiątego pierwszego tak sam przez swoje 
osobę, częścią przez subministrowanych od siebie 
monastyru swego zakonników i innych mężów, 
dobrze już od siebie zainformowanych i nauczo- 
nych, tak mniej rozumne i grube zdementował 
chłopstwo, pokazując im i przekładając sakra- 
mentalne spowiedzi, przed kapłanami w jedności 
z kościołem św. kotolickim powszechnym zosta- 
jącymi czynione, za nieważne, msze ich żadnego 
posiłku do zbawienia nie przynoszące, chrzty 
katolickie i bierzmowania (do którego zamiast 
oleju cathechumenorum i miry świętej, gęsiej i ry- 
biej tłustości zażywają) obłudne, poświęcenia 
kapłanów katolickich i od nich święcone rzeczy 



— 25 - 

wszelakie, zawodne i wszystkie w powszechności 
i szczególności sakraraenta i obrządki nie zba- 
wienne tak dalece, iż lepiej bez chrztu i spo- 
wiedzi umierać, niżeli te sakramenta od kapłana 
katolickiego odbierać i przyjmować, że wiele 
ludzi z gromad klucza źabotyńskiego, śmilań- 
skiego, moszeńskiego i starostw czehryńskiego 
i czerkaskiego, tern przekładaniem zwiedzeni, 
do ojca Melchizedecha do monastyru motreniń- 
skiego chodzili, przed nim od społeczności z ko- 
ściołem Św. katolickim wyprzysięgali się i tę 
swoją chęć, wyrażonym sposobem wymożoną, 
podpisem rąk swoich utwierdzali. Nadto tenże 
ojciec Melcbizedech popisane od siebie, równego 
od kościoła św. katolickiego odstąpienia karte- 
czki, pomiędzy innych ludzi, u siebie w Motre- 
ninie niebyłych, porozrzucał i do podobnego od- 
stąpienia onych animował i zagrzewał, a tym 
już od siebie niektórych ludzi ułudzonych forte- 
lem ubezpieczony, cerkiew za błogosławieństwem 
właściwego pasterza, jaśnie wielmożnego Wo- 
łodkowicza, metropolity kijowskiego, we wsi Te- 
lepinie, klucza śmilańskiego założoną i dokończo- 
ną poświęcił, w Ositniaźce, wsi klucza źabotyń- 
skiego, założył i poświęcił, biskupa Perejasław- 
skiego nieunitę najprzewielebniejszego Gerwa- 
zego Lincewskiego na tę stronę państwa pol- 
skiego katolickiego sprowadził, gromady do dzwo- 
nienia na przybycie jego i do odebrania od tegoż 
błogosławieństwa przez wyż wyrażoną remon- 



26 



stracyę pobudził, które tak jakowąś tajną od 
tegoż ojca Melchizedecha Jaworskiego utwier- 
dzeni obietnicą, do niego przylgnęli i w skutku 
obiecanym ubezpieczeni zostali, że na poparcie 
onego znaczne pieniężne kwoty cerkiewne i z gro- 
mad wybierane do rąk tegoż Melchizedecha od- 
dawali, nakoniec do tej zuchwałości przyszli, 
że przewielebnych xięży Bazylego Lubińskiego, 
apostolskiego misyonarza czehryńskiego, i Ste- 
fana Witwickiego, śmilańskiego, dziekanów, do 
wsi Telepina, dla rozrządzenia duchownego w wy- 
rażonych dekanatach i zgromadzonego ducho- 
wieństwa, w oręźe i drągi przysposobieni, o mały 
kęs nie ubili, w większą potem zuchwałość sa- 
mowolnie rozpaleni i disimulacyą niektórych 
dworskich zwierzchności licencyowani, własnych 
swoich pasterzów do równego przed wspomnionym 
ojcem Melchizedechem Jaworskim od wiary św. 
katolickiej wyprzysiężenia się przymuszali, nie- 
chcących zaś z domów plebańskich wyganiali, 
bili i wypędzali, klucze od cerkwi do siebie od- 
bierali, od innych zamki odbijali i swoimi za- 
mykali, kapłanów z zagranicy nieunitów rosyj- 
skiej, a wyraźnie od wspornnionego najprzewie- 
lebniejszego biskupa pere jasła wskiego sobie da- 
nych i pozwolonych, posprowadzah i tymże na 
miejscu wygnanych w^łasnych pasterzów, mocy 
odprawowania sobie nabożeństwa (do którego 
katolików nie dopuszczali i z cerkwi wyganiali) 
udzielali i pozwalah; i czego skutecznie wyż 



— 27 — 

rzeczony ojciec Melchizedech Jaworski, przez 
namówione od siebie gromady przy ochronie 
właściwej jurysdykcyi duchownej i niektórych 
jaśnie wielmożnych, wielmożnych dóbr ukraiń- 
skich dziedziców i ich gubernatorów dokazać 
nie mógł, teraz na niektórych współbraci na- 
szych strachem śmierci grożącym już na wielu 
osobach ziszczono i pokazano (albowiem hajda- 
macy wyraźnie to mówili i publicznie ogłaszali: 
jedźcie do Perejeslawia, wyprzysięgajcie się wia- 
ry uniackiej, a żyć będziecie i w chudobach 
swoich ocalejecie, na którą podróż i świadectwa 
na piśmie od siebie do tegoż rzeczonego ojca 
Melchizedecha dawali), wymógł i wycisnął. Wi- 
dział Bóg, wszystkie przenikające skrytości, sta- 
teczne i niepomszczone nasze umysły, że jako 
w polskich krajach katolickich z dawna od an- 
tecesorów naszych w wierze świętej z kościołem 
świętym powszechnym zjednoczeni jesteśmy, zro- 
dzeni, wypielęgnowani, edukowani, przychylno- 
ścią sprawiedliwości spojeni, statecznością w spo- 
łeczeństwie najjaśniejszemu majestatowi i Rze- 
czypospolitej polskiej i swoim pasterzom obowią- 
zani, tak nie żadną wolną myślą i własną we- 
wnętrzną pobudką, ale w sposób uniknięnia oczy- 
wistej tyrańskiej śmierci i morderstwa, niektó 
rym żalącym się z braci naszej oświadczającym 
przytrafiło się być w Perejesławiu; zkąd żaden 
po przygaszonym nieco ogniu buntowniczym, 
w polskie kraje nazad do domu swego powrócić 



— 26 ^ 

nie był wolen, dopóki tegoż ojca Melchizedecha 
woli i ułożeniu zadosyć nie uczynił i od wyż 
rzeczonego najprzewielebniejszego biskupa pere- 
jaslawskiego, permisyi rządzenia się w parocliii 
swojej (albowiem grasujący i krew katolicką 
rozlewający hajdamacy, wszelkiego nabożeństwa 
odprawowania pod surowym wyrokiem śmierci 
kapłanom zakazywali i zabraniali) i od wiele- 
bnego Melchizedecha wolnym przechodzić w po- 
dróży, od hajda maków i chłopstwa poduszcza- 
nego, bezpiecznego w domu swym posiedzenia, 
świadectwa na piśmie nie wziął. Wymógł i to 
na niektórych współbraci naszych niniejszych 
żalących się i oświadczających, że w Pereja- 
sławiu na skompilowanym manifeście, odstąpie- 
nie od artykułów wiary św. katohckiej i władzy 
własnych pasterzów swoich, a przygarnienie się 
pod władzę i rządy biskupa perejasławskiego 
niby na dniu piętnastym maja roku tysiąc siedm- 
set sześćdziesiątego ósmego, w Smile, mieście 
ukraińskiem, nad Taśminą rzeką leżącem, spi- 
sanego i datowanego za komparenta wielebnego 
xiędza Konstantego Mokrzyckiego, parocha ka- 
mionobrodz^iego, teraz wraz z nami żalącego 
się, do podania do akt autentycznych wyrażo- 
nego podpisać się musieli. Żeby tedy ten przy- 
padek sposobem przódrzeczonym citra pericidum 
vitae wyciśniony i wymuszony na niektórych 
współbraci naszych za podejrzany, w sumieniu 
trutynomowany nie był i poczytany i przeciwnej 



— 29 — 

jakowej nie podlegał explikaeji nad tę, iź zawsze 
pod głową najwyższą kościoła rzymskiego ka- 
tolickiego i rządami duchownymi swoich paste- 
rzów, z tymże kościołem spojonych i zjednoczo- 
nych , od antecesorów naszych zostawaliśmy 
i onym zawsze posłuszni byli i pod tą zwierz- 
chnością do ostatniego życia naszego terminu 
zostawać chcemy i pragniemy, iterato jak naj 
uroczyściej przed Bogiem i światem całym 
i współkolegów i braci naszych wszystkich imie- 
niem, użalamy się i oświadczamy. A dla tem 
większej wiary te niniejsze nasze użalenie 
i oświadczenie podpisem rąk naszych własnych 
stwierdzamy i do podania onego ad acta authen- 
tica regni przewielebnego jegomości xiędza Jana 
Rocha Kościuszką, dziekana radomyślskiego, pa- 
rocha czopowieckiego, współbrata naszego, e me- 
dio nostro obrahśmy i temu moc wszelką do po- 
dania daliśmy i pozwolili. 

(Następują na dziesięciu stronach in 4-to 
podpisy księży unickich poszkodowanych w cza- 
sie zamieszek hajdamackich r. 1768). 



List Jakóba Kwiatkiewicza ^) do Franciszka Salezego 

Potockiego, wojewody kijowskiego, o rzezi hu- 

mańskiej. 

(Kreczetnikow »RadomiBar«. Poznań 1874, str. 250— 51). 

Jaśnie Wielmożny Panie Dobrodzieju. Nie 
mogłem prędszego sposobu mieć doniesienia 
JWPanu Dobrodziejowi o ruinie dóbr umańskich, 
jak teraz, dla większego zamieszania w całej 
Ukrainie, gdyż ledwo za usilną prośbą moją 
można mi było z życiem schronie się w Archan- 
grodzie na stronie rosyjskiej, gdzie jeszcze nie 
mam żadnego bezpieczeństwa dla siebie, ponie- 
waż zaporożcy z ludźmi tutejszymi, poddanymi 



^) Ten Jakób Kwiatkiewicz był gubernatorem klucza 
targowickiego i jako taki dla zabezpieczenia się od na- 
padów hajdamackich zapisał się w poczet Towarzystwa 
zaporozkiego, utrzymywał na żołdzie swoim kozaka za- 
stępcę i co rok odsyłał w dani kolegom swoim kufę go- 
rzałki z pewną ilością krup, mąki i słoniny. Adoptacya 
podobna zasłaniała od rozboju i rabunku; korzystając 
z tego przywileju, udało mu się schronić za Sieniuchę 
i ocalić. 



— 31 — 

Pańskimi, die 10 praensentis, w porze południo- 
wej, tudzież z wielu liultajami dóbr śmilańskich 
i innych ukraińskich, sobie przysposobionych 
buntownikami (do których się przyłączyli i se- 
tnicy JWPana Dobrodzieja, Iwan Gonta i Pan- 
talimon Ulasenko, ze wszystkimi kozakami umań- 
skimi, najpierwsi hersztowie i mordercy), pod- 
stąpiwszy pod miasto Pańskie Umań, we wtorek 
one dobyli, księży Bazylianów jednych w kla- 
sztorze, okrutne męki zadając, tyrańsko poza- 
bijali, drugich zaś pośród miasta pod pręgierz 
w>'prowadzonych, różne zbytki nad nimi poka- 
zując, zamordowali; księdza Wadowskiego, ko- 
mendarza umańskiego, powiesih; klasztor bazy- 
liański i kościół łaciński ze wszystkiego odarli, 
sanctissimura na ziemię pod nogi rzucali, plwali, 
obrazy spisami kłuli, deptali, szablami rąbali 
i inne niezhczone zbrodnie popełniali. JPana Mła- 
da no wic za, gubernatora umańskiego i JPana Ro- 
goszewskiego, podskarbiego Pańskiego, z żonami 
pozabijali; owo zgoła, ktokolwiek się znajdował 
pod ten czas w Umaniu z szlachty i żydów, 
haniebną śmiercią umrzeć musiał, kiedy ci zbun- 
towani ludzie w całej Umańszczyżnie przez 
Gontę i Ułasenka, setników, przy pomocy zapo- 
rozkiej po wszystkich wsiach, nietylko w mieście 
Umaniu, szlachcie i żydom i najmniejszemu dzie- 
cięciu nie przepuścili, ponieważ w samym Uma- 
niu posesorów z żonami, dziećmi i innych ró- 
żnych szlachty, tak płci męzkiej, jako i nie- 



— 32 — 

wieściej, bez żadnego względu na niewinność 
dziecinną na pięć tysięcy trupem poległo, tym- 
żesamym sposobem i żydów na siedm tysięcy, 
z innych dóbr i wsiów dla schronienia się tam 
zebranych, miasto zrabowali, spustoszyli i w ni- 
wecz obrócili. A chcąc do reszty zrujnować, ko- 
mendę swoją w Umaniu ulokowali, po wsiach 
wszędzie dyspozycyą poczynili, odgrażając pa- 
nom swoim i sługom pańskim, żeby się do ża- 
dnych rządów nie udawali; przy orężu i spisach 
chodzą po lasach i wsiach, szukają szlachty, 
albo żydów zabijać i skorzeniać, które niesły- 
chane praktyki po całej Ukrainie rozciągnęły 
się tak dalece, że żaden szlachcic, ani żyd ni- 
gdzie przed tem nieszczęściem schronić się nie 
może. O czem obszerniej i dostateczniej ustnie 
opowie JWPanu Dobrodziejowi JPan Magnuszew- 
ski. Suplikuję tedy JWPana Dobrodzieja o jak- 
najprędsze wsparcie rezolucyą swoją Pańską, 
zostając przytem dozgonnym JWPana Dobro- 
dzieja sługą i podnóżkiem. 

Z Archangrodu 28 Junii 1768 an. 

Jakóh Kwiafkiewicz. 



Franciszek Salezy Potocki *). 

Za panowania Augusta III. króla polskiego, 
elektora saskiego, nazywano Potockiego królikiem 
ruskich krajów. Ożenił się był z Anną Łaszczó- 
wną, ostatnią z domu Łaszczów, z którą wielki 
tej rodziny majątek wpłynął w dom Potockicłi. 
Oprócz tego po matce swej Rzeczyckiej i z przod- 
ków był niezmiernie bogatym. W województwie 
Bełzkiem rezydencyą jego główną był Krysty- 
nopol, miasteczko naó wczas najporządniejsze 
w całej okolicy. Zdobił je kościół i klasztor 
00. Bernardynów, cerkiew z monasterem księży 
Bazylianów, pałac wielki o dwóch dziedzińcach, 
zabudowany wspaniale, jak przystało na miej- 
sce pobytu wojewody kijowskiego. Do Krysty- 
nopola należały też inne dziedziczne miasta 
Potockiego: Tartaków, Waręż, Łaszczów, Wit- 
ków, a do nich wsi dokoła więcej czterdziestu, 
wielkich, osiadłych i bogatych, które im były 



1) Z » Pamiętnika anegdotycznego z czasów St. Au- 
gusta*, wyd. Kraszewskiego. Poznań 1867. 



HAJDAHACZYZNA II. 



- 34 — 

przylegle. Królewskie miasta Bełz, Sokal, Sto- 
Janów, Rubieszów łączyły się z temi dobrami 
dziedzicznemi i składały wielką część posiadło- 
ści województwa Bełzkiego. Inne jeszcze dobra 
miał Potocki w ziemi Przemyskiej nad Sanem, 
także znaczne majątki w województwach Kra- 
kowskiem, Lubelskiem, Sandomierskiem, których 
nie wyliczam. Ale najrozleglejsze posiadłości 
jego znajdowały się w Bracławskiem na Ukrai- 
nie, do których liczono miasta znaczne, handlowe, 
Mohylów, Tulczyn, Brahiłów i mnóstwo wsi do 
nich, a nadewszystko dobra, zwane Humańskie, 
które więcej dwunastu mil kwadratowych kraju 
zalegały. W tych mógł udzielniej panować, niż 
jaki książę rzeszy niemieckiej. 

Nie dziw też, iż przy tak ogromnym ma- 
jątku i odpowiedniej w kraju wziętości, ambicya 
nad nim wzięła przewagę. Żył Potocki w owym 
wieku, gdy szlachta sama w sobie siły swej nie 
czuła; wprawdzie o równości szlacheckiej pra- 
wiono wiele w słowach, ale w postępkach szlachta 
była poslusznem tylko możnowładzców narzę- 
dziem. Panowie umieli dobrze szlachtę niezamo- 
żną w podległości tej zachować, używając dla 
dogodzenia widokom swej dumy. Mało z której 
rodziny szlacheckiej osiadłej, bodaj znaczniejszej 
nawet i majętniejszej, dzieci uniknęły położenia 
upakarzającego, by nie służyły początkowo za 
pokojowców u magnatów. Szli potem z pokojo- 
wych na wyższy niby stopień dworzan pańskich. 



— 35 - 

Zwyczaj taki wychowania młodzieży stanu szla- 
checkiej, później się niemal w prawo obrócił. 
Młody chłopak służąc za pokojowca, brał na 
kobiercu batogi i kaprysom pańskim musiał ule- 
gać, a gdy nabrał z dzieciństwa takiego o po- 
wadze pańskiej wyobrażenia, później dorósłszy, 
chociaż został niezależnym obywatelem, nie śmiał 
już wyłamywać się z uległości panom należnej; 
był więc i do końca posłusznem i usłużnem 
dumy i fantazyi narzędziem; praktyk polity- 
cznych zemst prywatnych i frymarków. Wia- 
domo, iż magnaci polscy czasu bezkrólewiów 
największe gromadzili siły wojskowe, bo każdy 
z nich żołnierza wedle dostatku utrzymywał; 
targowali się potem z pretendentami do korony, 
zabezpieczali sobie zyskowne w kraju urzędy 
i królewszczyzny. Żadna prawie elekcya nowego 
pana bez małej wojny domowej się nie obeszła; 
szlachta ją krwią swoją sama tylko oblewała, 
magnaci dostatków sobie przymnażali. 

Wdzięczność winniśmy Stanisławowi Augu- 
stowi, królowi naszemu, który przewagę panów 
polskich skruszył, stan szlachecki zrównał i na- 
ród oświeciwszy przez nauki i szkoły, dozwolił, 
by się szlachta na sobie poznała, a w sile po- 
czuła. Królem z polskiego szlachcica uczyniony, 
nowego blasku dodał stanowi temu; cały senat 
i ministerya osadził szlachtą, ale możnowładzcy 
też upokorzeni zemstą przeciwko niemu pałali. 
Całe jego panowanie burzliwem było z tej przy- 



- 36 -^ 

czyny i pociągnęło za sobą upadek narodu 
i rozbiór ojczyzny naszej, którą niegodni syno- 
wie zgubili i zaprzedali. 

Za panowania Augusta III. jeszcze arysto- 
kracya miała największą przewagę. Pierwsze 
panów polskich familie podzieliwszy między sie- 
bie władze krajowe, królem i krajem razem rzą- 
dziły, jak chciały. Z liczby tych potentatów 
był Potocki, wojewoda kijowski, który wydawszy 
córkę swą za grafa Briihla, (najstarszą za ks. 
Lubomirskiego, wojewodę kijowskiego, drugą za 
Mniszcha) syna pierwszego ministra królewskiego, 
połączył się węzłem najściślejszym z Briihlem, 
Mniszchem, marszałkiem nadwornym koronnym 
i Sołtykiem, biskupem krakowskim. Czwarta 
córka była za Rzewuskim, wojewodzicem Podol- 
skim. Stronnictwo miał więc mocne w kraju. 

Sławne było wesele córki jego z grafem 
Brtihlem, generałem artyleryi koronnej i starostą 
warszawskim. Na ten obchód zaproszeni byli 
z Warszawy wszyscy posłowie dworów zagra- 
nicznych, ministrowie, biskupi, wojewodowie, ka- 
sztelanowie, książęta, a każdy według swojego 
stopnia był przyjmowany i uczczony w Krysty- 
nopolu. Od pałacu do kościoła Bernardynów su- 
knem czerwonem wysłana była ulica, którą no- 
wożeńcy szli do ślubu z gośćmi przybyłymi. 
Zbytku i okazałości tego wesela nie opisuję 
szczegółowo, dosyć powiedzieć, że ono 253,000 
złotych kosztowało. 



— 37 — 

Dwór Potockiego, wojewody kijowskiego, z na- 
stępujących osób był złożony: marszałkiem 
dworu książę Włodzimierz Czetwertyński (któ- 
remu wyjednał Potocki starostwo Utaikowskie) 
znaczną pobierający pensyę. Tego trzymał wo- 
jewoda jedynie dla dogodzenia swej dumie, ażeby 
mógł powiedzieć, że Czetwertyński, potomek 
domu niegdyś w Kijowie panującego, ze Swia- 
topełków, służy u pana Potockiego. Sekretarzem 
miał hrabię Sierakowskiego, starostę Zawide- 
ckiego; łowczym nadwornym był Sadowski, 
starosta Rupczycki; do dworzan łiczyłi się: 
Lipski, Jabłonowski, Konopka, Dzbański, Stani- 
szewski, Śnieżawski, Polanowski, Świejkowski, 
Kamieniecki, Złotnicki i t. d. Nie bez przyczyny 
nazywano więc Potockiego królikiem prowincyi 
ruskich, albowiem w województwach Bełzkiem, 
Ruskiem, Wołyńskiem i Bracławskiem, żaden 
obywatel nie doszedł urzędu bez instancyi Po- 
tockiego; w sądach powiatowych, w trybunale 
bez niego najsprawiedliwszej sprawy nie mógł 
wygrać, jeżeli protekcyonalnych listów od Po- 
tockiego nie miał do sądu; nikt nie został sędzią, 
posłem lub deputatem, jeżeli go Potocki wprzód 
nie rekomendował; nie otrzymał od króla sta- 
rostwa, urzędu koronnego lub krzesła senator- 
skiego bez pomocy osób, które królem i krajem 
władały; biskupem, opatem, prałatem lub boga- 
tym proboszczem nie mógł być zamianowanym, 
kogo oni nie promowowali. Zatem obywatel na 



- 38 — 

prowincyi więcej się starał o łaskę takicłi ma- 
gnatów, w rzędzie których Potocki zajmował 
miejsce niepoślednie, niżeli o łaskę królewską. 

Potocki mieszkając w Krystynopolu miał 
nadworne swe wojsko, gdy wyjeżdżał lub wje- 
żdżał do pałacu, oddawano mu jako panującemu 
łionory wojskowe. Obywatel lub nawet urzędnik 
wojewódzki nie mógł wjechać przed pałac w Kry- 
stynopolu, ale przez uszanowanie dla Potockiego, 
musiał wysiadać przed bramą. Szlachta z karet 
i powozów zsiadłszy, szła przez dziedziniec do 
pałacu pieszo choćby w deszcz i pluchę. Gdyby 
który obywatel chciał nawet zajeżdżać przed 
pałac, to go żołnierze wartę trzymający w bra- 
mie nie puścili. Damy tylko miały wolność za- 
jeżdżania przed pałac, lecz jak tylko która z po- 
jazdu wysiadła, powóz natychmiast za bramę 
wychodził. Tak dalece pycha Potockiego była 
wygórowała. 

Wiadomo, jak dwór rosyjski dawno plany 
układał uzależnienia od siebie Rzeczypospolitej; 
znając wziętość, dumę i bogactwa wojewody ki- 
jowskiego, aby przezeń mieć wpływ na kraj, 
zaczęto go zawczasu przynęcać. Czyniono mu 
nawet nadzieje uzyskania korony polskiej, co 
jego ambicyi i próżności wielce pochlebiało. Mi- 
nister rezydent rosyjski, stosownie do tego planu 
proponował Potockiemu detronizacyę Augusta III. 
Nie znał się Potocki na polityce gabinetu peters- 
burskiego, omamiony tą nadzieją pozyskania 



— 39 — 

tronu, użył wszelkich intryg stronników swych 
i szczerze pracował nad obaleniem Augusta III., 
aby go sam mógł posieść. Już cała robota ku 
temu zmierzająca przygotowana była w Piotr- 
kowie, gdzie na rozpoczęcie trybunału zjechać 
się mieli obywatele i tam konfederacyę przeciw 
królowi zawiązać. Ale wszystkie te zachody 
udaremniła śmierć króla Augusta III. zmarłego 
w Dreźnie w r. 1763. Odebrana o tern z Sakso- 
nii wiadomość wszystkie połamała szyki. Potocki 
ucieszony śmiercią tego króla, pod którym kró- 
lował prawie, chociaż go z tronu zepchnąć za- 
mierzał, wysyłał jednego za drugim kury era 
do Petersburga, sam się zabierając też do wy- 
jazdu. 

Wtem odebrał list od posła rosyjskiego Kaj- 
zerlinga w Warszawie rezydującego, który we- 
dle dworu polityki, napisał do Potockiego z naj- 
mocniejszemi zapewnieniami, iż Rosya całą swą 
mocą utrzymywać go będzie się starała na tro- 
nie polskim; aby był spokojnym, pewnym i ża- 
dnych starań nie czynił, ani partyj nie groma- 
dził; a na protekcyi rosyjskiej zupełnie polegał. 
Ułudzony wojewoda tą obietnicą posła, omamiony 
przyszłą swą wielkością, sądził się być w Kry- 
stynopolu królem obrany i stronnikom swoim 
wczesne przyszłych swych łask czynił nadzieje, 
i w tej myśli a upojeniu zajmował się już tylko 
tem, jakby najokazalej wystąpić na sejmie elek- 
cyjnym, z pewnością zasiądzenia tronu polskiego. 



~ 40 — 

Tymczasem Kajzerling wyjechał z Warszawy, 
a miejsce jego, w charakterze posła przysłany, 
zajął książę Repnin. Przybywszy do stolicy Po- 
tocki, lubo już w drodze o zmianie posłów za- 
wiadomiony, nie sądził, aby układy gabinetowe 
miały być przeistoczone. Stanąwszy w Warsza- 
wie najpierwszy, z wielką okazałością oddał 
wizytę ks. Repninowi. Gdy z nim zaczął mówić 
o tym interesie i list Kajzerlinga mu pokazał, 
Repnin jako zręczny dyplomata, złożył się na- 
przód zupełną niewiadomością o tych układach, 
ale przyobiecał natychmiast pisać do swego 
dworu z zapytaniem i zbył Potockiego w sposób 
najgrzeczniejszy. Nazajutrz ambasador oddając 
wizytę Potockiemu, wiele mu nader pochlebnych 
rzeczy nagadał. Potocki uwodząc się nadzieją 
tą, żadnych już starań nie robił, gdy tymczasem 
familia Czartoryskich ujęła na stronę stolnika 
Poniatowskiego, prymasa Łubieńskiego i Rosya 
w sam dzień elekcyi zdeklarowała się wyraźnie 
za Poniatowskim, którego królem obwołano. 

Wojewoda kijowski zawstydzony, zawiedziony 
w swych nadziejach, nie miał czasu sprzeciwiać 
się elekcyi Poniatowskiego; cały gniewem zapa- 
lony wyjechał nagie z Warszawy, myślą zemsty 
przejęty. Równie oburzeni połączyli się z nim 
drudzy Potoccy i zjechali do Podhajce i tu zro 
bili konfederacyę przeciwko Rosy i i nowo obra- 
nemu królowi. Ale Rosya pilnie śledziła wszyst- 
kie wojewody kijowskiego czynności i postarała 



- 41 - 

się ich skutkom zapobiedz. Generał Kreczetni- 
kow wprzódy stanął z wojskiem we Lwowie, 
niż wojewoda w Krystynopolu, skąd sześciu Po- 
tockich, podczaszy Litewski, wojewoda Kijowski, 
krajczy koronny, Teodor teraźniejszy wojewoda 
Bełzki, starosta Sniatyński i wojewodzie Wołyń- 
ski, starosta Błoński, wyruszyli do Podhajec, 
z wielu swoimi stronnikami, zawiązując konfe- 
deracyę. Kreczetników generał rosyjski był już 
w pogotowiu do ugaszenia tego pożaru. Trze- 
ciego dnia Rosy anie udali się do Podhajec i gdyby 
był podpułkownik Podhorodeński z regimentu 
buławy koronnej z trzema set regularnego żoł- 
nierza nie dał im oporu na grobli, przez co Po- 
toccy zyskali czas do rejterowania się, byliby 
razem wszystkich Potockich Rosyanie w niewolę 
zabrali. 

Po tej niepomyślnej wyprawie, w której pra- 
wie wszystkie swe milicye Potoccy utracili, bo 
jedni zginęli, drudzy wzięci do niewoli, inni po- 
szli w rozsypkę , czterech • Potockich udało się 
do Stambułu i tam za pośrednictwem hrabi de 
Vergennes, ambasadora francuskiego, wciągnęli 
Turków w wojnę przeciwko Rosyi. Krajczy ko- 
ronny Potocki został w kraju, a wojewoda ki- 
jowski wróciwszy do Krystynopola, doznał pierw- 
szy raz w życiu upokorzenia. Musiał kapitulować 
przed silniejszym, podpisać reces od konfederacyi 
i dać mocną na siebie asekuracyę pod utratą 
wolności i majątku, iż w domu będzie siedział, 



42 



i sprawował się spokojnie; wymuszono nawet 
na nim list osobny do króla JMci, w którym 
Potocki składał mu powinszowanie osiągniętej 
korony polskiej, zaręczając należyte panującemu 
posłuszeństwo. Pismo to, które dać był zmuszony, 
wiele go kosztowało. 

Za panowania Stanisława Augusta Potocki 
nie był już tak czynnym jak dawniej, utracił 
prawie całkowicie wziętość swą i znaczenie, 
przestał mieć owe wielkie zachowanie u obywa- 
teli, a że nie miał przystępu do tronu i szlachta 
się go też mniej obawiała, niż wprzódy. Stąd 
smutnym się stał i dziwacznym; było to skutkiem 
wewnętrznej zgryzoty i upokorzonej dumy. Po 
cieszały tylko pańskie fantazye, którym doga- 
dzał, postarawszy się naprzykład o sprowadzenie 
z Wiednia sławnego Hirnesa, doktora nadwor- 
nego Maryi Teresy, aż do Krystynopola. Temu 
dla dogodzenia swej ambicyi ofiarował większą 
płacę, niżeli cesarzowa, chcąc się choć z tego 
względu dystyngwować i potęgę swą okazać. 

Do Warszawy na sejmy już nie jeździł, w pu- 
bliczne interesa wcale się nie wdawał, a Kry- 
stynopol nieco był mniej uczęszczany i puściej- 
szy teraz. 

Córki już mając zamężne obie za Brtihlem 
i Rzewuskiem, myślał teraz szczególniej, z kimby 
miał ożenić syna swojego jedynaka Szczęsnego. 
Lubo były dawniejsze między nim a Mniszchem 
z Dukli marszałkiem nadwornym układy po- 



— 43 - 

swatania jedynaczki Mniszchównej ze Szczęsnym; 
wszakże gdy się Mniszech oddalił czyli raczej 
został od dworu oddalony, urząd sam złożył 
i został nieczynnym a bez wpływu, Potocki 
układał syna swatać z jaką księżniczką rzeszy 
niemieckiej. Układy te spełzły i duma jego zo- 
stała upokorzoną, jak się to z dalszego opowia- 
dania okaże. 

Sierakowski, starosta zawidecki z sekretarza 
postąpił na marszałka dworu młodego Szczę- 
snego Potockiego, starosty Bełzkiego. Ten JM. 
pannę Krystynę, hrabiankę Komorowską, staro- 
ściankę naówczas Nowosielecką (której ojciec 
był potem kasztelanem Sanockim) pokochawszy, 
zamyślał się z nią ożenić. Ułożył tedy sobie, że 
z pomocą młodego wojewodzica^atwiej to będzie 
mógł przyprowadzić do skutku i poprosił Szczę- 
snego Potockiego aby z nim jechał do Suszna 
do domu rodziców hrabiów Komorowskich. Szczę- 
sny nie odmówił Sierakowskiemu. Znał on już 
wprzódy piękność i talenta tej panny, ale nie 
miał zręczności bliższego jej poznania. Przy- 
bywszy do Suszna w interesie swego marszałka 
dworu, sam się zakochał w pannie Komorowskiej. 
Nie przewidywał, aby mu nierówność stanu za- 
rzucać miano, znal starożytność Komorowskich 
rodziny, że prymasem był stryj ojca panny, 
a dom ten z Węgier w czasie rewolucyi przy- 
muszony wynieść się, stracił dobra, hrabstwa 
Orawy i Liptowa, z których się Komorowscy 



44 



pisali. Mniemał więc, że dom Potockich z Ko- 
morowskimi mógł się zupełnie równać, zwła- 
szcza w kraju republikańskim, gdzie majątek 
różnicy nie powinien był stanowić. Powodowany, 
znać, temi uwagami Szczęsny, po trzeci raz bę- 
dąc w Susznie, oświadczył rodzicom zamiary 
swoje i przywiązanie do JMP. Krystyny lira- 
bianki Komorowskiej. Ci znając równość uro- 
dzenia mimo różnicy majątku, nie spodziewali 
się wielkich trudności ze strony rodziców Szczę- 
snego Potockiego i zezwolili z tym warunkiem, 
jeżeli województwo Potoccy na ożenienie to przy- 
staną. Ze strony panny była wzajemna miłość 
dla młodego Potockiego, który od tej chwili za- 
czął uczęszczać do Suszna, ale zawsze pod po- 
zorem swatania swojego marszałka. Rodzice nic 
się nie domyślając, wcale nie zabraniali synowi 
częstych odwiedzin, co więcej coraz serca obojga 
kochanków zbliżało. Sierakowski zaś rozsądkiem 
powodowany, odstąpił panny dla wojewodzica, 
ani jej ani rodzicom nie mając za złe, iż pana 
nad sługę przenieśli. Nareszcie na usilne prośby 
i nalegania Szczęsnego, hrabstwo Komorowscy 
zezwolili na ślub sekretny za indultem. 

W kilka niedziel potem byli Komorowscy 
w Krystynopolu z córką swą, a już naówczas 
synową Potockich. Sama wojewodzina widząc 
syna swego wesoło bawiącego się i tańcującego 
z panną jakoby Komorowską, szczególne jej oka- 
zywała grzeczności. Ośmieleni tern jeszcze Ko 



- 45 — 

morowscy, nie spodziewając się oporu, postarali 
się przez użyte do tego osoby pośredniczące, 
tajemnie o małżeństwie zawiadomić matkę Szczę- 
snego. 

Ale ta niewiasta równie jak jej mąż oma- 
miona wielkością swoją, wiadomość tę przyjęła 
z największym gniewem i natychmiast udzieliła 
mężowi. Rozmowa o tem tajemna pomiędzy 
małżonkami przyszła w sypialni, gdy się spać 
kładli; w pierwszym zapale Potocka opowiada- 
jąc o tem wojewodzie, pobudzała go do zemsty 
przeciwko sprawcom i pomocnikom. Postano- 
wiono natychmiast nazajutrz syna wysłać w po- 
dróż za granicę; synowę uwieść z domu rodzi- 
ców, a osadziwszy w klasztorze u mniszek 
w Sandomierzu rozwód wyrobić, Sierakowskiego 
zaś, starostę Zawideckiego (czemu uwierzyć tru- 
dno) miano ukarać śmiercią, paląc na stosie 
wraz ze wszystkiemi rzeczami w dziedzińcu 
pałacowym. 

Szczęściem, gdy się ta narada w sypialni 
odbywała, pokojówka w tymże pokoju śpiąca 
podsłuchawszy rozmowę i projekta państwa, 
zdjęta litością nad Sierakowskim, przed wscho- 
dem słońca pobiegła go ostrzedz o losie, jaki 
mu był naznaczony. Starosta miał ledwie czas 
na koń siąść i umknąć, a gdy dzień nadszedł, 
Potocki ofiary zemsty swej nie znalazłszy, 
wszelkie rzeczy Sierakowskiego wyrzucić i na 
dziedzińcu na stosie spalić kazał. 



— 46 — 

Syna tegoż dnia prawie pod aresztem wy- 
wieziono z Krystynopola i wysłano w podróż 
za granicę; zaś pułkownika kozaków Dąbrow- 
skiego i Wilczka pod koniuszego z kozakami i sa- 
niami tegoż dnia wyprawiono do Suszna dla 
zabrania synowej. 

Ostrzeżeni przez Bernardyna Komorowscy, 
jak najspieszniej z całym dworem wyjechali 
z Suszna do Lwowa, mając zamiar udać się 
tam pod protekcyę generała rosyjskiego Kre- 
czetnikowa, który we Lwowie konsystował. Ale 
nieszczęśliwy przypadek wszystko pomieszał. . 

Oś u karety wiozącej hr. Komorowskich zła- 
mała się o dwie mile ode Lwowa, tak, że przy- 
muszeni byli we wsi swojej Nowem Siole zano- 
cować. Wysłani przez Potockiego oprawcy, gdy 
w Susznie Komorowskich już nie zastali, aby 
panu swemu usłużyć wedle myśli, postanowili 
gonić za nimi ku Lwowu. W pogoni dowiedzieli 
się o wiosce Komorowskich i wyboczyli ścigając 
ich do Nowego Sioła, gdzie właśnie oni byli. 
Napada ta niegodna zgraja w nocy na dwór, 
kilku wystrzałami naprzód przerazili Komorow- 
skich, którzy w ogród uciekać zaczęli. Nieszczę- 
śliwa młoda Potocka brzemienna i słaba, ledwie 
zdążyła schować się pod kanapę, gdy najeźdźcy 
wpadli do pokojów, w których już żywej duszy 
nie było. Splądrowali tedy cały dom i mieli iść 
w ogród szukać pani Potockiej, gdy wtem znie- 
nacka jeden kozak postrzegł koniec sukni z pod 



- 47 - 

kanapy wysunięty. Rozumiejąc, że leżała chu- 
stka zgubiona, pociągnął i w ten sposób ukrytą 
znaleźli i wyciągnęli Potocką. Zajadła ta i zło- 
śliwa tłuszcza, nie mając litości nad nią, po- 
chwyciła nieszczęśliwą na ręce i wyniosła na 
dziedziniec omdlałą z przestrachu. WsadziH ją 
naprzód kozacy na konia za siebie i tak wieźli 
do sani za wsią oczekujących, gdy przestrach, 
zimno i osłabienie młodej Potockiej o nagłą 
śmierć ją przyprawiły. Umarła w ręku koza- 
ków wprzódy, niżeli ją do sani przygotowanych 
dowieść zdążyli. Zobaczywszy trupa już tylko 
w rękach swoich , dla zachowania tajemnicy 
postanowiU go w Bugu zatopić i przybywszy 
do Sielca, puścili trupa pod lód przez przeręblę. 

Sami powróciwszy do Krystynopola, gdy ze 
swej wyprawy tłómaczyć się zaczęli, Potocki 
dowiedziawszy się o śmierci synowej, w okrutnym 
gniewie i uniesieniu do mówiącego strzelił, ale 
chybił. Opowiadającym był Dąbrowski herszt 
tych łotrów, który uciekł; bez wieści, innych 
ludzi do tej wyprawy należących Potocki ro- 
zesłał po swych dobrach o mil sto, aby świadków 
nie było. 

Sama pani Potocka przypisując sobie winę 
tego zabójstwa, w smutku i zgryzocie sumienia 
roku nie dożyła. 

Komorowscy po utracie córki żałośni udali 
się do Lwowa i rozpoczęli proces, ale im bra- 
kowało dowodów obwiniających Potockich. Hra- 



— 48 -» 

bia Komorowski ekspensując się i niszcząc na 
rozpoczętą sprawę nie mógł się spodziewać wy- 
granej, bo nie miał żadnych pewny cłi dowodów; 
a wojewoda sypał pieniądzmi na swe uniewin- 
nienie. Bóg jednak sprawiedliwy nie dozwolił, 
aby zbrodnia uszła bezkarnie. Gdy wiosenne 
wody stopiły lody na Bugu, dziwnym trafem 
fala ciało Potockiej blisko granicy dóbr hrabiego 
Komorowskiego na młyn wyrzuciła. Młynarz do- 
strzegł trupa i na palcu pierścień błyszczący, 
który zdjął, ciało blisko pochowawszy. Z pier- 
ścieniem poszedł do miasteczka Witkowa dla 
sprzedania go. i trafił wypadkiem na żydka 
faktora hr. Komorowskiego, któremu gdy poka- 
zał wspmniany klejnot, żyd poznał go odrazu, 
że był kosztownym darem ślubnym Szczęsnego 
młodej żonie ofiarowanym. Znać go tam domo- 
wnikom chlubiąc się okazywano. Poprowadził 
więc faktor młynarza do Suszna, tu hr. Komo- 
rowski wynagrodził go, ciało córki odkopać ka- 
zał i posiał do sądowej obdukcyi albo visum re- 
pertum. Nieszczęściem dla Polski, ale najszczę- 
śliwszym wypadkiem dla Komorowskiego było, 
że pod ten czas Austrya zabrała kraj później 
nazwany Galicyą; ową z pięciuset ludzi złożoną 
milicyę Potockiego rozpuszczono i broń mu 
wszelką zabrano, co go mocno dotknęło i osła- 
biło. Hrabia Komorowski odnowił już pod rzą- 
dem austryackim proces przeciwko wojewodzie 



— 49 — 

Potockiemu świadków wyszukawszy, którzy byli 
o wypadku uwiadomieni. 

Hrabia Gozdzki, wojewodzie podlaski, człek 
urodzenia znakomitego, edukowany, młody, uro- 
dziwy kawaler, a bliski krewny Komorowskich 
przez matkę, bo wujem był zabitej Potockiej, 
wziął się do promowowania w Wiedniu tej 
sprawy. Był on tak szczęśliwym, że się podobał 
Maryi Teresie cesarzowej, która oprócz tego naj- 
gorzej była uprzedzoną o wojewodzie Potockim. 
Surowo tedy nakazano, aby sądy galicyjskie 
sprawę tę wzięły najściślej; i tu już pieniądze 
Potockiemu pomódz nie mogły. Przymuszonym 
był dostawić świadków i wspólników śmierci 
synowej swojej. Wypadły surowe dekreta w in- 
stancyach niższych, od których wojewoda ape- 
lował do Wiednia. 

Hrabia Komorowski wywiódł swą genealogię, 
przekony wając o równości stanu, któremu Marya 
Teresa wydała dyplom zatwierdzający dawny 
a zaniechany tytuł hrabiów Węgierskich. Nie 
szczędzono we Wiedniu pieniędzy na obronę, 
ale sprawiedliwość i baczność cesarzowej prze- 
mogła. Zapadł tedy najwyższy dekret przeciwko 
Potockiemu, aby mu głowę ucięto, o czem na 
kilka dni wprzód zawiadomiony, unikając ha- 
niebnej śmierci, sam sobie życie, biorąc truciznę, 
skrócił. 

Szczęsny Potocki sprowadzony z zagranicy, 
opłakiwał razem stratę rodziców i ukochanej 

HW0AM4CZY2NA II 4 



- 50 - 

żony. Marya Teresa uwiadomiona, jakim sposo- 
bem wojewoda Potocki śmierć uprzedził wyzna- 
czoną dekretem, osobnym wyrokiem nakazała, 
aby ciało wojewody (dla przykładu powszecłinego) 
z grobu wydobyto i by mu kat na rynku głowę 
odrąbał. Szczęsny Potocki, jako niewinny tego 
nieszczęścia, znalazł tyle litości u hrabiego Ko- 
morowskiego, kasztelana Sanockiego, iż ten go 
zakwitował z procesu. Wynagradzając mu ko- 
szta poniesione, dał Potocki dziedzictwem Ko- 
morowskiemu miasto Witków z przyległościami 
w szacunku czterechkroć sto tysięcy złotych, 
a uniknął hańby dla imienia, aby na ojcu wy- 
rok ów hańbiący przez kata nie był spełniony. 
Taki był smutny koniec życia Franciszka 
Salezego Potockiego, wojewody kijowskiego. Mamy 
stąd naukę, jak nic stałego pod słońcem. Więk- 
szą część życia swego przeżył w najświetniej- 
szym losie, schyłek dni jego godzien był polito- 
wania ^). 



*) Na tle wydarzeń powyżej opisanych, Malczewski 
osnuł znany poemat » Marya «. Najwierniej zaś i najbez-* 
stronniej, przedstawił hlstoryę tego wypadku J. I. Kra- 
szewski w opowiadaniu historycznem p. t. »Starościna 
bełzka«, w którem prostuje na podstawie dokumentów 
z archiwum tulczynieckiego, nieścisłe relacje pamiętni- 
karskie. (H. M.) 



Wyciąg z pamiętnika Chrząszczewskiego ^). 

I. 

Stanisław Szczęsny Potocki, syn Franciszka 
Salezego wojewody kijowskiego i Anny z Po- 
tockich wojewodzianki poznańskiej, roku 1753 
urodzony, był synem Józefa strażnika, a pra- 
wnukiena Feliksa, hetmana wielkiego koronnego. 
Od Jędrzeja i Stefana, dwóch synów Mikołaja 
generała ziem podolskich, dom Potockich roz- 
dzielił się na dwie linie: jedną stąd zwaną Het- 
mańską, drugą od Stefana idącą, przezwaną 
później Prymasowską dlatego, że syn tego Ste- 
fana, Paweł, kasztelan kamieniecki, w trzyna- 
stoletniej niewoli w Rosyi ożeniony z Sołtykó- 
wną, siostrą rodzoną żony cara Iwana, miał 
z niej kilku synów, z których jeden, Teodor, 



*) Niniejszy wyciąg z pamiętnika Chrząszczewskiego 
poraź pierwszy ogłosił drukiem Kraszewski (Wiłno 1856), 
jest to ułamek rękopisu przecłiowywanego w bibliotece 
kórnickiej. (R. M.) 

4* 



— 52 — 

dostojeństwo prymasowskie piastował. Potoccy 
z Tulczyna, Jan i Seweryn kraje zy co wie, po- 
chodzą z linii hetmańskiej, Ignacy Potocki, mar- 
szałek wielki litewski, Stanisław, prezes senatu 
Królestwa Polskiego i Jan, brygadyer z innemi 
gałęziami, należeli do linii prymasowskiej. 

Stanisław Szczęsny Potocki, miał cztery sio- 
stry: jedne, Maryą, za Brtihlem generałem ar- 
tyleryi koronnej, synem ministra Augusta III, 
drugą, Ludwikę, za Kazimierzem Rzewuskim, 
pisarzem koronnym, trzecią, Antoninę, za księ- 
ciem Ksawerym Lubomirskim, panem Smilań- 
szczyzny, czwarą, Pelagię, czyli raczej z po- 
rządku trzecią, za Michałem Mniszchem, dzie- 
dzicem Wiszniowca. 

Chociaż jako jedynak pieszczotliwie wycho- 
wany od matki, był jednak Stanisław Szczęsny 
silnej budowy ciała. Instrukcyą jego trudnił się 
ksiądz Wolff, pijar, człowiek uczony i kapłan 
przykładny. Ten w sercu jego zaszczepił mocną 
wiarę w prawdy religijne, zamiłowanie ścisłej 
sprawiedliwości i ojcowską pieczołowitość o do- 
bro mającego mu podlegać ludu wiejskiego. Ale 
co do zasad politycznych, idąc za powagą wiel- 
kiego Jana Zamojskiego i za duchem czasu, 
jaki panował w narodzie, wpoił w niego nie- 
szczęsne mniemanie, że tron elekcyjny i demo- 
kracya szlachecka z prawem powszechnego 
głosowania (vote universel) wpływem arystokracyi 
kierowana, były nietykalną źrenicą polskiej wol- 



— 53 — 

ności. Wychowaniec jego, przyszły dynasta na 
Humaniu, Tulczynie, Brahiłowie, Mohylewie, 
Krystynopolu, Tartakowie, Dukli, Chorostkowie, 
Strusowie i Wielkich Oczach, starosta rubie- 
szowski, sokalski, Opaliński, hajsyński i zwino- 
grodzki, aż do lat młodzieńczych nie wydalał 
się z domu rodzicielskiego. Dom ten byl okaza- 
łym i majestatycznym dworem, gdzie trwały 
ustawiczne zjazdy magnatów. Przedniejsza słu- 
żba Salezego Potockiego, oprócz pokojowców 
z niedoroslej szlachty, szatnych, łowczych, pod- 
czaszych, koniuszych i t. d. składała się z trzy- 
dziestu dworzan, między którymi Złotnicki, pó- 
źniej generał- porucznik wojsk rosyjskich, lubo 
także majątku ziemskiego posiadacz, był co do 
znaczenia i mienia wcale nie pierwszym. 

Marszałkował temu gronu młodzieży, jeden 
z książąt Czetwertyńskich, a później Sierakow- 
ski, starosta zawidecki. Milicyą nadworną for- 
mowała piechota, dragonia, ułani i kozacy. Ofi- 
cerowie regularnego wojska byli patentowani 
od króla, z mocy ustawy sejmowej i nosili feld- 
cechy wojska narodowego. 

W r. 1770, gdy dżuma od granic tureckich 
rozszerzyła się aż do Rusi Czerwonej, dla za- 
bezpieczenia Krystynopola, stolicy Potockiego, 
od zarazy morowej, rozciągnięto łańcuch woj- 
skowy, który dobra Krystynopolskie, Tartakow- 
skie i starostwo Sokalskie dokoła opasał. Do- 
wódzcą tej straży był Karol Sierakowski (szwa- 



— 54 — 

gier autora), komendant lejbgwardyi dragonów, 
oficer z wojska saskiego, zabranego do służby 
pruskiej w czasie siedmioletniej wojny. Do gra- 
nicy tego kordonu przypierała majętność kasz- 
telaństwa Komorowskich, których córka, pa- 
nienka pięknej urody i miłego ułożenia, była 
upodobanym starych Potockich gościem. Od uroku 
jej wdzięków, w sercu młodego Stanisława, za- 
jął się gwałtowny pożar miłości. Stęskniony 
długą przerwą sąsiedzkich państwa Komorow- 
skich odwiedzin, użałał się przed matką na znie- 
wieściałość fizycznego wychowania swego, i pro- 
sił, aby dla nadania siłom jego męzkiego hartu, 
wolno mu było objeżdżać konno łańcuch roz- 
stawionej przeciw dżumie straży. Matka, która 
go nigdy nie spuszczała z dziecinnych pasków, 
z trudnością zezwoliła na ten rodzaj emancy- 
pacyi ukochanego jedynaka swojego, poruczając 
go nieodstępnemu nad nim czuwaniu pana mar- 
szałka Sierakowskiego, starosty zawideckiego, 
mającego nad Stanisławem w takich objazdach 
dozorczą władzę ochmistrza. Pan Stanisław czę- 
sto ponawiając mniemaną na kordon zdrowia 
wyprawę, słodkie spędzał godziny w domu Ko- 
morowskich, nakoniec rozkochany na zabój, gdy 
związku małżeńskiego z ich córką nieodzownie 
zapragnął, rodzice radzi zięciowi tak możnego 
domu, a pan ochmistrz na łasce młodego pani- 
cza wielkie budując sobie nadzieje, zezwolili na 
tajemne zaślubienie kochanków. 



— 55 - 

Ale ustawiczne wycieczki wojewodzica, ścią- 
gnęły na siebie badawcze oko zauszników dwor- 
skich, a ci, dociekłszy tajemnicy, panu ją obja- 
wili. Mniszchowa, kasztelanowa krakowska, któ- 
rej skrytym było zamiarem pana Stanisława 
z Józefiną córką swoją ożenić, poradziła woje- 
wodzie, aby narzuconą sobie synowe z domu 
rodzicielskiego uwiózł do Lwowa, tam w klasz- 
torze panieńskim, gdzie krewna wojewody przeo- 
ryszą była, osadził, i sprawę rozwodową rozpo- 
cząwszy, syna z bratem jej Briihlem za granicę 
wyprawił. 

Nieszczęśliwy nowoźeniec z wielu okoliczno- 
ści mógł się domyślać, źe ojciec wie już o za- 
wartym przez niego związku, i tego zerwanie 
wymódz na nim postanowił. W dzień jeden świą- 
teczny odebrawszy rozkaz, aby z siostrami do 
kościoła Bernardyńskiego na mszę pojechał, gdy 
do ich mieszkania przyszedł, tajemnym smut- 
kiem na siłach zwątlony, zemdlał. Dano znać 
ojcu, który zastawszy go złożonego na sofie ka- 
zał przytomnym ustąpić z pokoju. Wszyscy wy- 
szli oprócz panny Mładanowiczównej, później 
majorowej Krebsowej, wkrótce po rzezi humań- 
skiej do dworu przywiezionej, która dla wysłu- 
chania ciekawej rozmowy, jaka nastąpić miała, 
za blejtram się ukryła. Wojewoda wzruszony 
litością nad cierpieniem syna, mówił do niego 
łagodnie: 

— Wiem o twoim płochym postępku, taję 



— 56 - 

go przed matką, bo cios na jej serce tak ciężki 
zabiłby ją odrazu. Jeżeli więc nie chcesz wtrą- 
cić ją do grobu, na rozpoczęcie rozwodu zezwo- 
lisz; a ja cię zapewniam, że hojnem twej żony 
wyposażeniem związek zerwany wynagrodzę. 

Cóż miał począć syn dumnych rodziców, 
z których niezgiętą wolą, wiedział, że mu wal- 
czyć niepodobna było. Wyjąkał więc nakazane 
mu zezwolenie, sądząc, że tą uległością zasłoni 
przynajmniej małżonkę swoją od gwałtownych 
środków przemocy, a może też miał nadzieję, 
że czas dalszy nastręczy mu sposobność do 
przebłagania rodziców. 

Wojewoda po wymuszonem zezwoleniu synow- 
skiem, wezwał do siebie Karola Sierakowskiego, 
komendanta swojej dragonii, żądając od niego, 
aby z oddziałem jazdy wpadł nocną porą do 
domu Komorowskich i porwawszy ich córkę 
przywiózł do Krystynopola w zakrytym powo 
zie. Sierakowski na taki rozkaz przerażony 
zgrozą, padł przed nim na kolana, wypraszając 
się od naniesienia gwałtu domowi obywatel- 
skiemu, którego nieraz gościnnej uprzejmości 
doświadczał, lubo w każdym innym godziwym 
razie gotów był, jak mówił, życie swoje na za- 
wołanie pańskie poświęcić. Nie uraził się woje- 
woda odmówieniem przez Sierakowskiego służe- 
bniczej uległości swoim rozkazom, owszem na 
znak, że mu się podobała szlachetna jego otwar- 



— 57 — 

tość, ofiarował mu nasypaną dukatami złotą ta- 
bal^ierę, i tylko o zacłiowanie sekretu prosił. - 

Spełnienie więc tego bezprawia, przeszło po 
kolei na Wilczka i Dąbrowskiego, przełożony cłi 
nad kozakami nadwornymi. Ci najecłiawszy dom 
śpiących Komorowskich, córkę ich, nieszczęśliwą 
przemocy ofiarę, już wówczas brzemienną, wy- 
niósłszy na ręku z domu, bez żadnego innego 
przyodziewku nad zieloną kitajkową spódniczkę, 
w saniach krytych złożyli i pierzynami osłonili. 

Uwożąc porwaną, spotkali w lesie transport 
zboża, od trzechset fur chłopskich, z któremi 
się minąć ciasność drogi nie pozwalała. Musieli 
więc wstrzymać dalszą swą jazdę, póki cały 
ten ciężki tor i długi tabor, nie przewalił się 
aż do ostatniej fury i nie zostawił im wolnej 
do przejazdu drogi. Tymczasem obawiając się, 
aby krzyków i jęków, gwałtownie uwożonej Po 
tockiej nie dosłyszano, coraz większem naciska- 
niem betów, tak jej oddech stłumiono, że gdy 
pod wody spotkane odjechały opodal, już ją zna- 
leziono z asfiksyi, czy też z przestrachu umarłą. 
Wodzowie tej ohydnej wyprawy, uradzili mię- 
dzy sobą, że im nic więcej do czynienia nie 
zostawało^ jak zatrzeć ślad wszelki do odszu- 
kania martwych zwłok służyć mogący i te 
w przerąbaną płonkę, na zamarzlym w pobliżu 
stawie zatopili. 

Wilczek pod imieniem Zagórskiego, Dąbrow- 
ski pod własnem, schronili się do dóbr Ukrain- 



— 58 - 

skich Potockiego i tam w służbie ekonomicznej 
wiek swój dokołatali. Syn Wilczka chodził ze 
mną do jednej klasy w szkołach humańskich, 
później widziałem go wyświęconego na parocha 
do wsi humańskiej Machnówki. 

Niedaleko miejsca, gdzie zatopiono zwłoki 
Potockiej, był folwark do klucza Krystynopol- 
skiego należący. Na wiosnę Kossowski, ekonom 
tego folwarku, obchodząc bardzo rano obory 
i gumna, spostrzegł pomiędzy krą złamanego 
lodu pływające ciało. Po zielonej jedwabnej spó- 
dniczce poznał, że to było ciało kobiety i do- 
myślił się, że to być musiał trup utopionej Po- 
tockiej. Za pomocą gumiennego wyciągnął go 
na brzeg i uprzedzając przybycie ludzi pań- 
szczyźnianych, samowtór z gumiennym, wyko- 
pał grób i w nim zagrzebał tajemnie zwłoki 
nieszczęśliwej ofary gwałtu. 

Otrzymał za to dożywotnią gracyę, dom 
Potockich opiekował się jego dziećmi, z których 
najstarszy syn ożeniony z Rakowską Koluba- 
biniecką, rządził potem dobrami Zofii Potockiej 
i jej małoletnich dzieci, a młodszy dotąd (?) 
spełnia obowiązek kasyera w kluczu Trościa- 
nickim, przypadłym na schedę Bolesława Po- 
tockiego. 

Całą tę przygodę porwania córki Komorow- 
skich opisała majorowa Krebsowa i mnie ją 
czytała. Po jej śmierci rękopism od jej familii 
pozwolony do przeczytania doktorowi medycyny 



59 



Abrarasonowi, w ręku jego zaginął. Zapewnić 
jednak mogę, że w mojem opowiadaniu, nie 
opuściłem żadnego z ważnych szczegółów, które 
obejmował. 

Stanisław Potocki, gdy się dowiedział o za- 
bójstwie swej żony, zdjęty rozpaczą, w ponu- 
rem milczeniu postanowił był sobie życie ode- 
brać i byłby przedsięwzięcia swego dokonał, 
gdyby nad nim nie czuwał, służący mu wiernie 
aż do śmierci jego kamerdyner Bistecki, który 
wszedłszy za nim do gabinetu, gdy go zastał 
zbroczonego krwią, od poderżniętego scyzorykiem 
gardła, wydarł mu broń samobójczą i przez 
długi czas, póki się umysł jego nie uspokoił, na 
krok od niego nie odcliodził. Okropność tego 
ciosu zostawiła na Potockim niestarte ślady 
w melancholicznyra wyrazie, jakim się odtąd 
zasępiło jego oblicze, a żal nieutulony po stra- 
conej małżonce, i nie wygasła w sercu jego ku 
niej przychylność, świadczyła jej miniatura, za- 
wieszona na piersiach aż. do śmierci jego, i z nim 
schowana do grobu. 

W lat kilkanaście po tej katastrofę, gdy już 
Potocki z drugą żoną mieszkał w Tulczynie 
odwiedził go po raz pierwszy brat Komorowskiej 
Powitanie ich zadziwiło wielce przytomne star 
sze dzieci Potockiego, z powtórnego małżeństwa 
gdyż patrzały jak ojciec ich rzewnemi łzami 
zalany, z żywem uczuciem najserdeczniejszej 
miłości braterskiej, długo przyciskał do piersi 



— 60 — 

swojej osobę im nieznaną, i od niej długo się 
oderwać nie mógł. Wtenczas dopiero pierwszy 
raz dowiedziały się od matki swojej, źe ona 
była powtórną żoną ich ojca, a gość przybyły, 
bratem pierwszej małżonki. 

Kiedy Potocki w towarzystwie Alojzego 
Briihia, Franciszka Hulewicza i poczciwego ma- 
zura Bisteckiego wysłany za granicę od ojca, 
podróże swoje odprawiał, pierwej matkę, a po 
zajęciu Galicyi przez Austryę, ojca swojego 
utracił. Wojewodzina była pani pobożna i oby- 
czajów surowych, ale dla dworu swego zbyt 
ostra i dumna. Panny swoje za najmniejszą pło- 
chość w obejściu z mężczyznami, rózgami ćwi- 
czyć kazała, często w późną noc zerwawszy 
się z łóżka szła na podsłuchy do ich mieszka- 
nia, szpiegując czy się tam młodzik jaki nie za- 
kradł. Raz na korytarzu ciemnym spotkawszy 
wychodzącego od jej fraucymeru szwagra mo- 
jego, Karola Sierakowskiego, zakrzyczała z gnie- 
wem: — Kto tu śmie wchodzić? Aż Sierakow- 
ski, na figiel się puściwszy zaczął jęczeć i wyć, 
jak potępieniec, a wojewodzina ze strachu ucie- 
kła. 

Było wówczas modnym panów przepychem, 
chować na dworze swoim karłów; wojewodzina 
miała dwoje bliźniąt tego niedołężnego tworu, 
brata i siostrę. W wielkim salonie był dla nich 
wyklejony z papieru o kilku pokojach aparta 
ment, skąd zdrobniały generał policmajster, czy- 



61 



nił wycieczki po całym pałacu, szpiegując i do- 
nosząc wojewodzinie, każdą złą sprawkę dwo- 
raków. 

Powiadała mi o niej Krebsowa, że naśladu- 
jąc dawną dworu francuskiego etykietę, którą, 
jak pisze Jules Janin '), zacłiowy wała jeszcze 
stara Duchesse de Creąui, gdy na wezwanie 
Napoleona mając jechać do Tuilleries, wsiadała 
do swej herbownej i suto wyzłacanej karety — 
wojewodzina także wydała rozkazy, aby przy 
jej wsiadaniu do powozu dworzanin rękodajny, 
podawał jej do opierania się kułak, a ramienia 
jej dotykać się nie ważył. Nowy jakiś dworza- 
nin, nie świadom tego nakazu, co miał wstępu- 
jącej na stopień karety podać do oparcia się 
kułak, świętokradzką ręką chwycił ją pod ra- 
mię, i za frycostwo swoje od obrażonej wojewo- 
dziny dostał tęgi policzek. 

Salezy Potocki został właścicielem włości 
Humańskiej, nie ze spadku po ojcu, ale z daro- 
wizny od stryja swego Stanisława, wojewody 
bełzkiego, który ją także otrzymał w darze od 
Morszty nowej, z domu Potockiej. Salezy Potecki, 
za panowania Anny, cesarzowej rosyjskiej, zwie- 
dzając dwór petersburski, był od niej przyjmo- 
wany jako powinowaty familii cesarskiej. Po- 
wróciwszy z podróży zagranicznej, w stroju 



1) Znakomity krytyk i feljetonista francuski (1804 — 
1874). ^ (if. M.) 



- 62 - 

francuskim, dowiedział się od jednego reformata, 
mającego zaufanie wojewody bełzkiego, źe ten 
bezdzietny stryj jego, dał się z tern słyszeć, iż 
pominąwszy innych Potockich miałby chęć całą 
włość Humańską i własną swoją dziedziczną 
schedę Tartakowską, jemu jednemu zapisać, 
gdyby był stroju polskiego nie zrzucił. Salezy 
więc z porady pomienionego reformata stawił 
się u stryja przebrany znowu po polsku i od- 
razu donacyą Humańszczyzny otrzymał. 

Po śmierci rodziców, Stanisław Potocki oże- 
niony z Józefiną Mniszchówna, kasztelanką kra- 
kowską, urodzoną z Brtihlównej, oprócz ciężaru 
wielkich długów, zaciągnionych przez ojca, miał 
jeszcze do dźwigania proces kryminalny zapro- 
wadzony przez Komorowskich, przeciw jego 
ojcu wojewodzie. Powiadano, źe miał być wy- 
dany wyrok na wyniesienie z grobu i wywie- 
zienie haniebne zwłok wojewody, o czem wąt- 
pię. Ale Stanisław odstąpieniem kilku wsi zała- 
godził familią Komorowskich, a gdy ci nie po- 
pierali procesu, sprawa sama z siebie upadła. 

Nie był mu do smaku rząd austryacki; prócz 
tego chcąc mieć wolną od długów fortunę, spła- 
cenie ich zdał na Ponińskiego, marszałka sejmu 
konfederacyjnego, i nic od niego nie wziąwszy, 
prócz prawa emfiteutycznego na starostwo 
zwinogrodzkie, własność wszystkich dóbr gali 
cyjskich, do sta wsi wynoszących, na niego 
przelał. 



63 



W ciągu tej negocyacyi z Ponińskim, prze- 
grał Stanisław w karty kilkadziesiąt tysięcy 
dukatów, a ta lekcya tak mu utkwiła w głowie, 
że odtąd nigdy nie grał więcej, jak po dwa 
złote na stawkę. Tegoż czasu został naprzód 
cłiorążym koronnym. Do boku młodego i tak 
bogatego dygnitarza, przylgnął Adam Moszczeń- 
ski ^), mający tytuł majora od fizylierów, który 
wolał trzymać się klamki możnego dworu, ni- 
żeli regimentu swojego. Potocki mając przesie- 
dlić się do Tulczyna, wysłał go przed sobą na 
Ukrainę, żeby mu tam zagotował tymczasowe 
jakieś pomieszkanie, przejrzał admiriistracyą 
dóbr i co w niej krzywego znajdzie, sprostował. 
Pan major, reformy swoje począł od zmiany 
oficyalistów i posesorów, z których mała część 
tylko się utrzymała, inni poszli precz z kwit- 
kiem. Do tej kategoryi należał stary szla- 
chcic Ginowski, mający dosyć pozorne prawa 
do czterech wsi klucza Babskiego, niegdyś wła- 
snością Strusiów będącego. 

Wojewoda godząc jego pretensye, oddał mu 
w dożywocie wieś Krasnostawkę, która dziś jest 
w posiadaniu Floryana Różyckiego. Ginowski 
wyrugowany z ostatniego na starość przytułku, 
mniemanych praw swoich do wsi Czarnej Ka- 
mionki, Berezówki, Turpola i Papużyniec, od- 
stąpił generałowi Czernyszewowi, podówczas 



O Autor pamiętników. 



- 64 — 

z wojskiem w Ukrainie konsystującemu. Czer- 
nyszew, poparty protekcyą ambasadora, silnie 
prowadził interes. ' Sprawa przez sąd ziemski 
i trybunał, wytoczyła się do sądu sejmowego. 
Moszczeński nóg nie żałując, zwijał się tęgo, 
przyprawił wprawdzie Potockiego o stratę bli- 
sko dwóch milionów, ale nakoniec sprawę tę, 
ta jest dwie skorupy od ostrygi, wygrał, i za 
to, oprócz dwunastu tysięcy rocznej pensyi, 
którą do śmierci pobierał, te same wsie, o które 
z jego łaski tak kosztowny rozpoczął się proces, 
wziął w dzierżawę zastawną, za sumę 150.000 
złotych, wziętą w posagu po żonie, wojewodziance 
Swiejkowskiej, a Pobojnę i Szczęsnypol w dzier- 
żawę arendowrią. 

Nie długo po zamieszkaniu swojem w Tul- 
czynie, o mało z żoną nie rozłączył się Potocki 
z takiego powodu. Wielhorski, kuchmistrz ko- 
ronny, ten co od konfederacyi koronnej jeździł 
w poselstwie do Paryża, i na którego prośbę 
Rousseau napisał projekt rządu, jaki niby miał 
być najprzyzwoitszy dla ówczesnej Polski, za- 
przyjaźnił się także z Tabbe Mably, bratem 
Condillac'a, sławnym wieku XVIII publicystą 
i z jakimś znakomitym hrabią francuskim. Z sy- 
nem tego hrabiego, ks. Mably przyjechał do 
Grochowa odwiedzić Wielhorskiego, który go- 
ściom swoim chcąc sprawić świetny karnawał, 
zaprosił do siebie młodych Potockich, przed ich 
wyjazdem do Tulczyna, a z nimi generałowę 



65 



Brtihlową i pisarzowe Rzewuską. Przywiózł on 
był z Paryża jakąś hrabinę francuzką, z którą 
się potem sam, a z jej córką syna swojego oże- 
nił. Amator muzyki i sam artysta, pierwszy na 
Wołyniu urządził dom na styl francuski. Nie 
było już tam kontuszowych dworzan, ale był 
teatr towarzyski, zalotność i kuchnia paryska, 
i baliki maskowe, i kilku jego synów hożych 
młodzieńców; co wszystko z dalekiego okręgu 
ściągało do siebie, roje ciekawych wołynianek. 
Pośród zgiełku szalonych zabaw karnawału, za- 
wiązał się romansik między Potocką a najstar- 
szym synem Wielhorskiego, ten co za sejmu 
konstytucyjnego był posłem polskim w Peters- 
burgu. Potocki mieszkając już w Tulczynie, 
przejął bilecik Wielhorskiego do swojej żony 
pisany i nie wiem czego się z listu tego dowie- 
dział, ale tak był obrażony przeciw swojej mał- 
żonce, że ją natychmiast chciał odesłać do Du- 
kli, do żyjących jeszcze rodziców. Pakowano 
już na bryki ogromne jej srebra stołowe i gar- 
derobę, kiedy łzami zalana Mniszchówna, do- 
póty w żałosnem upokorzeniu u nóg się męża 
czołgała, póki ten, czy żalem jej i przyrzekaną 
poprawą zmiękczony, czyli też chytrem niewin- 
ności udaniem zaspokojony, przebłagać się nie 
dał i wyroku swego nie cofnął. Z jego strony 
pojednanie to, było szczere i nie pochodziło 
z owej rozwiązłej pobłażliwości, wielu stadłom 

HgOtUACZYZNA II, 5 



— 66 — 

zwyczajnej, która sobie na swój rachunek, wza- 
jemne przebaczenie zastrzega. 

Potocki dopóki nie wpadł w sidła Wittów ej, 
uczciwości małżeńskiej ściśle dochowywał, i w ża- 
dne się uboczne miłostki nie plątał; powtórna 
też małżonka jego, z wielu zalet mogła i umiała 
przez długi czas, mocno go do siebie przywią- 
zywać. Wspaniała jej postać, wdziękiem spoj- 
rzenia, głosu i szykownego ruchu umilona, do- 
wcip wesoły i ostry, ale powagę wysokiego tonu 
zachować umiejący; przytem ślepa woli męża 
uległość, stosowanie się do jego humoru i pilna 
baczność w chronieniu się wszelkich pozorów, 
podejrzliwość najsłabszą ściągnąć mogących, 
zniewoliły serce dobrego męża, samo z siebie 
do zupełnego zaufania skłonne. Wszakże świe- 
tna i pełna sztucznej przyłudy powierzchowność 
jego małżonki, obok wielu cnót i szacownych 
przymiotów, pokrywała temperament ognisty, 
któremu ona podobno niezamężną jeszcze będąc, 
wolne puściła cugle. 

Szeptano u dworu, że barczysty blondyn 
Klembowski, przybyły z nią do Krystynopola, 
pod tytułem marszałka jej służby, od dawna 
był jej ulubieńcem; ale ja osobiście mało ją zna- 
łem, i rzeczy tylko słyszane opowiadam. Tak 
ona była od wszystkich co ją znali kochaną, 
dla swojej uprzejmości, łagodności, dobroczynnej 
litości nad biednymi, ochoczego wstawienia się 
do mniej przystępnego męża, za nieśmiałymi 



- 7 



suplikantami, źe samą nawet złośliwość języków 
dworskich rozbroić umiała, i nikt ją przed mę- 
żem, sam nawet wierny Bistecki, pomawiać nie 
śmiał. Prócz tego, jeśli tam co nawet było, nie 
łatwo kto mógł wiedzieć, gdyż trafnie wybrane 
powiernice, jakiemi były Bogusławska, następnie 
wydana przez nią za Obojskiego, porucznika ka- 
waleryi narodowej, Katarzyna Switecka, później 
Kulikowska generałowa, Łosińska, z domu Pia- 
secka, i naczelnica ich dożywotnia Czyźowa, 
wierne były swej pani i umiały nieprzejrzaną 
zasłoną okrywać tajemnice jej życia. 

Czas dalszy zamieszkania Potockiego w Tul- 
czynie aż do roku 1788 najspokojniejszym był 
w życiu jego peryodem. Troskliwy o dobry byt 
swoich poddanych, objeżdżał konno obszerne 
swe dobra, wysłuchiwał skargi i prośby wło- 
ścian, pozbywał się uciążliwych dzierżawców, 
przez dawniejszych komisarzy mocno zagęszczo- 
nych, i nie zostawiwszy ich więcej nad dwu- 
dziestu kilku, z dobrej strony osobiście mu zna- 
nych, pozostałe dobra zachował pod własną 
administracyą i na ogromne podzielił folwarki, 
z których nie jeden po kilkanaście i więcej wsi 
liczył w swoim obrębie i z każdej chaty cho- 
ciażby najliczniejszą familią zamieszkanej, nie 
wymagając pańszczyzny więcej nad dzień jeden 
na miesiąc, dni dwanaście szarwarku na rok 
i tyleż dni letnich w czasie kosowicy i żniwa. 
Dziewczęta chciwe publicznie j szych zgromadzeń, 

5 



- 68 — 

kupowały gorzałkę assaułom, żeby je pędzili na 
robotę do folwarku, dokąd je ciekawość jak do 
stołecznego miasta nęciła. Z rozkoszą rozpamię- 
tywani sobie błogi i szczęśliwy stan ludu pod- 
ległej temu magnatowi krainy; nie widać było 
po wsiach ani wystawnych dworów, ani nędz- 
nych lepianek, ni chateaux ni chaumi^res. Śnieżną 
białością połyskujące chaty, nie w rząd na 
kształt obrzydliwych miasteczek żydowskich 
budowane, (ale każda posadą swoją do przypa- 
dłości miejscowej zastosowana, zielonym sadem, 
albo wierzbami ocieniona, zamożna w okazałe 
stogi, i licznym dobytkiem bydła, koni, owiec, 
i domowego ptactwa ożywiona) — przedstawiały 
pięknych prawdziwie i bogatych wsi rozwese- 
lający widok. Wszędzie swoboda, dostatek i we- 
sołe twarze; latem pod wieczór ulice wiejskie 
brzmiały śpiewami dziewcząt, i parobczą mu- 
zyką fujarek, przygrywających tańcom, i wstrzą- 
sającym ziemię tropakom, a z tego szumnego 
gwaru, przebijał się hucznie odgłos radosnych 
śmiechów. W dni świąteczne, rano pobożność 
do cerkwi, a pohulanka z południa do karczmy 
zgromadzały lud zdrowy, dorodny i strojnie odzia- 
ny. Cóż mówić" o futorach, jak rozkoszne oazy 
zatajonych w przestrzeni stepów, lub głębi la- 
sów, i tylko szumem brzęczących pszczół się 
wyjawiających, jak sady hesperyjskie w owoc 
obfitych; o ich zarybionych stawkach z mły- 
nami, basztami, sianożęciami, o tylu majętnych 



— 69 — 

włościanach, co zgony wołów, tuszą wypasła 
ociężałych do Łęcznej i Śląska zwolna pędzili. 
Dzisiaj ślady tej dawnej zamożności włościan 
zatarte, a przy murowanych pałacykach na- 
bywców nowych, nędza uciśnionego ludu smut- 
niej się odbija. 

Potocki, gospodarz, nie o zwiększeniu docho- 
dów rocznych, ale o zbogacenie swej ziemi na 
przyszłość dbający, zapobiegał zniszczeniu la- 
sów, po całej Ukrainie powszechnie, na opał go- 
rzelni żydowskich marnotrawionych; owszem 
wzrost ich, rozkrzewienie, ścisłą strażą i oko- 
pywaniem zapustów znacznie pomnożył. Zasa- 
dził także i wypielęgnował miliony topól wło- 
skich, dziś prawie do szczętu wyciętych. Pierw- 
szy w Ukrainie pozakładał angielskie ogrody, 
a sztuką ogrodniczą, którą sam umiejętnie wy- 
konywał, frukta najwyborniejsze rozpłodził. Co 
do gospodarstwa rolnego, rozmnożył nieznane 
tu dawniej gatunki pszenicy, żyta i owsa, bu- 
dował porządne i okazałe folwarki, zakładając 
przy każdym sady owocowe, pod dozorem wy- 
uczonych dobrze ogrodników, a najszczególniej 
baczność swoją na to obracał, aby oficyaliści 
ekonomiczni poddanych jego nie ciemiężyli. 

Zaprowadził także piękny ród bydła węgier- 
skiego z włoskiem krzyżowanego. Zakupił od 
krajczego koronnego tysiąc owiec z Hiszpanii 
sprowadzonych, płacąc każdą sztukę po dwa- 
naście czerwonych złotych. Ze stad swoich, tak 



70 



pięknych doczekał się koni, że gdy Kaunitzowi 
kasztanowaty cug swojego chowu darował, mi- 
nister austryacki, tak był zadowolony z niego, 
że Obodyńskiemu koniuszemu, co mu go przy- 
prowadził do Wiednia, tysiąc dukatów oduzdnego 
zapłacił. 

Przy boku swoim, pod prezydencyą Lesz- 
czyńskiego ustanowił kancelaryę ekonomiczną 
i do niej zcentralizował wszystkie gospodarskie 
i finansowe dzieła. Znał się dobrze na rachun- 
kowości, w której także jednego z synów swo- 
ich, Stanisława, często w tejże kancelaryi pra- 
cować przymuszonego, wyćwiczył. Kasy przy- 
chodowe od rozchodowych rozłączył, lafy (pen- 
sye) ekspensowe miesięcznie, albo kwartalnie 
sam asygnował, i rachunki ogólne, tak ekono- 
miczne jako też pieniężne, ściśle przetrząsał. 

Trojaka rozrywka była jego najmilszem upo- 
dobaniem: jazda konna, poświęcona myślistwu 
i bliższemu rozpatrywaniu stanu poddanych, 
których jak dzieci kochał, ogrodnictwo i polo- 
wanie. Pozakładał zwierzyńce, gdzie się cho- 
wały łosie, jelenie, daniele i sarny. Wieś jedna 
uwolniona od pańszczyzny, dostarczała myśli- 
wych i strzelców usposobionych przez doskona- 
łego w swojem rzemiośle łowczego Wróblew- 
skiego. Oprócz wszelkiego gatunku psów, miał 
wielką łaję angielskich taksowatych gończych, 
które ruszywszy zająca i sznurem ciągnąc, 
szły czasem za jego tropem o mil trzy i więcej. 



71 



Biedny pierzchliwiec, nieraz opodal za sobą 
prześladowców swych zostawiwszy, odpoczywał 
sobie bezpiecznie rozumiejąc, że się od ich po- 
ścigu wybiegał, ale gdy posłyszał zbliżający się 
ich wrzask, znowu uciekać musiał, aż póki wy- 
silony długą gonitwą, nie padł zdrętwiałym 
łupem. "^ 

Lubił też muzykę i miał dobrą orkiestrę, 
której kapelmajster Ferrari, był swojego czasu 
jednym z naj pierwszych w Polsce kompozyto- 
rów. Lubił i tańce, żeby dla ruchu fizycznego, 
kiedy konno nie jeździł, wyskakać się w galo- 
padzie, tańcu włoskim dźygunie, mającym po- 
dobno nazwisko od Gigano czy GitanOj po hisz- 
pańsku Cyganie. Wytworne potrawy od sław- 
nego kuchmistrza Binicha przyprawiane, nie 
zepsuły prostego dawnych Polaków smaku; pie- 
rogi hreczane ze śmietaną, mleko z miodem 
i kukurudza, były dla niego łakomymi po fol- 
warkach przysmakami. 

Dom Tulczyński nie miał zalety z tego ugrze- 
cznienia, z jakiego dom Puławski słynął. Nadę- 
tym po większej części figurom jego, zdawało 
się, że potakują miejscowemu bóstwu, przybie- 
rając napuszoną minę, niby to stosownie do 
tego przysłowia — ad exemplar regis totus compo- 
nitur orhis. 

Posępność twarzy Potockiego, była wyrazem 
nawykłeejo stanu melancholii, w jaki go wpra- 
wił cios mu zadany w poranku życia, ale nie 



— 72 — 

wyrazem pogardy dla ludzi; więcej obcując ze 
smutnemi myślami swemi, niżeli z otaczającem 
go towarzystwem, był małomówny i z trudno- 
ścią się wysławiający. Nieraz go widywano, 
z wlepionemi w jakikolwiek przedmiot oczyma 
po całych godzinach w milczeniu ponurem za- 
dumanego. 

Przy szacownych przymiotach umysłu i serca, 
wyznać potrzeba, że miał dwie wielkie wady: 
upór i umysłowe lenistwo. Mocna wola była 
cechą jego charakteru. Kiedy ona opartą była 
na zdrowych zasadach, wystawiała go w świe- 
tle najkorzystniejszem, ale kiedy ją sfałszowało 
jakie uprzedzenie błędne, przeradzała się w za- 
wzięty upór: stąd smutny życia jego ostatek. 

Co się dotyczy drugiej wady, umysłowego 
lenistwa, na to dosyć jednego rysu. Przez ta- 
jemniczą skrytość swych myśli, nie miał urzę- 
dowego sekretarza. Na odłogiem leżące pisane 
do niego listy, często z miłosierdzia odpowia- 
dała sama Potocka, albo Tomaszewski. Ten spo- 
strzegłszy w przedpokoju ciężko uznojonego 
w lisiej kurtce szlachcica (działo się to w końcu 
czerwca o św. Janie), spytał go, czy ma jaki 
interes do Potockiego; szlachcic odpowiedział ze 
łzami w oczach: 

— Ha! panie, przysłany tu jestem od pryn- 
cypała mojego z listem do JW. wojewody jesz- 
cze na początku upłynionej zimy... nie kazano 
mi powracać bez odpowiedzi, której dotąd do- 



— 73 — 

czekać się nie mogę. — Tomaszewski poszedł 
do wojewody, objawił mu jakim jest męczycie- 
lem swoich ekspetantów, i wyszukawszy między 
natłokiem papierów list zaległy, podał mu do 
podpisu odpowiedź, co on zawsze z wielką przyj- 
mował wdzięcznością. 

Po urządzeniu dóbr swoich i założeniu gma- 
chów pałacu tulczyńskiego, wyjechał Potocki 
z żoną swoją do Włoch i Szwajcaryi, skąd po- 
wracając wstąpił do Wiśniowca, do brata stry- 
jecznego swojej żony, Michała Wandalina Mni- 
szcha, marszałka W. koronnego, gdzie zastał 
Pawła W. X. następcę tronu rosyjskiego, także 
z podróży zagranicznej wracającego i króla 
Stanisława Augusta, -który mu konferował wo- 
jewództwo Ruskie, po zmarłym księciu Auguście 
Czartoryskim za wakowane. Wkrótce też od zruj- 
nowanego marnotrawstwem Stempkowskiego, 
wojewody kijowskiego, kupił regimentarstwo, 
czyli dowództwo nad znaczniejszą częścią woj- 
ska koronnego pod nazwiskiem partyi Ukraiń- 
skiej, co mu rangę generała-lejtnanta nadało. 

Wkroczywszy w zawód publicznego życia, 
starał się zasługiwać krajowi, niesionemi z ma- 
jątku swojego ofiarami. W r. 1784 na sejmie 
Grodzieńskim, darował Rzpltej pułk piechoty 
pod imieniem Potockich i ten utrzymywał na 
własnym żołdzie. Za jego podaniem, pułkowni- 
kiem tego pułku, był mianowany Adam Mosz- 
czeński; podpułkownikiem Adam Rzewuski, ma- 



- 74 — 

jorem Lanckoroński, kapitanami: pierwszym, 
Karol Sierakowski, drugim Kamieniecki, trzecim 
i czwartym hrabiowie: Jan Krasicki i Preben- 
dowski, jednym z poruczników Bronikowski. 
Cały prawie korpus oficerów składał się z imion 
znakomitych w kcaju. Szefostwo pułku sobie 
zachował. Przydatkiem do tej ofiary były ośm 
armat spiżowych, z należącym do nich porząd- 
kiem i puszkarzami, także na swoim żoł-dzie. 
Z uwolnionej od czynszu szlachty w dobrach 
jego zamieszkałej i rolnictwem się bawiącej, 
uformował pułk milicyi konnej, z kilkuset koni 
złożony, który z niemałą liczbą kozaków nad- 
wornych, w spisy, janczarki i pistolety uzbro- 
jonych, straż graniczną ciągle utrzymywał. Tak 
wielki udział majątku, od jednego obywatela na 
obronę kraju przeznaczony, w czasie kiedy po 
zadanych ojczyźnie klęskach, duch patryoty- 
zmu zdawał się być uśpionym, a w Polsce 
o wskrzeszeniu tylko nauk, o przemyśle i spe- 
kulacyach handlowych myślano, wzbudził dla 
niego powszechny szacunek rodaków. Stronni- 
ctwo Adama ks. Czartoryskiego generała ziem po- 
dolskich, przywdziało mundur przyjacielski, dla 
odznaczenia się od regalistów; jego zaś mundur 
granatowy z błękitnym, nie wstydzili się nosić 
na zjazdach pubhcznych, oprócz bliższych jego 
przyjaciół, bezstronni nawet obywatele na okaz 
i zadatek narodowej wdzięczności. 

Już dokończony pałac tulczyński, złotym po- 



- 75 -- 

ły sku jąc napisem : „ Ohy sawsze był wolnych i cno- 
tliwych miessUaniem" ^) wesołą zorzą przyszłej 
cłiwały mieszkańców swoich zajaśniał, i zda- 
wało się, że się stanie godny gniazda swego po- 
tomków, ale czas co się z wieszczb i marzeń 
ludzkich naigrawa, objęte tym napisem życze- 
nia szydersko w proch obrócił. 

Na początku 1787 roku przybyła do Kijowa 
cesarzowa Katarzyna II z ministrem Potemki- 
nem, mając na wiosnę podróżować Dnieprem 
do Krymu, nowo zdobytego kraju. Przybył do 
Kijowa i Stanisław August, czatując na brzegu 
rzecznym, póki nie prysną lody, aby powitał 
żeglującą po wodach dnieprowych monarchinię. 
Tłum polskich magnatów otoczył tron cesarzo- 
wej rosyjskiej, i niekiedy od niej do Kaniowa, 
do króla niedalekie czynił wycieczki. Odwiedzał 
go i Potemkin, który go bardzo pokochał i wie- 
lokrotnie miał z nim narady. Ten, niewiadomo 
w jakiej myśli, kupiwszy Smiłę u księcia Ksa- 
werego Lubomirskiego, z przyznaniem sobie na 
sejmie indygenatu, obiecywał zawarcie traktatu 
z Rzeczpospolitą nowego, na zasadach sąsiedz- 
twa i przyjaźni, z warunkiem, by na przyszłym 



^) Opowiadają o jakimś francuzie ze dworu Potoc- 
kiego, którego prześladować lubił Szczęsny na różny 
sposób; pewnego razu zapytał go co ten napis znaczy. 
Francuz podrażniony przycinkami, odpowiedział z gnie- 
wem: „Cela signifie que Vous n'etes ni Vun ni Vaułre'^. 



— 76 — 

sejmie, którego marszałkiem Potocki miał być 
obrany, uełiwalono sto tysięcy wojska mającego 
posiłkować Rosyi w wojnie przeciwko Turkom. 
Takie było zgodnie od wszystkicli panów pol- 
skich na zjeździe kijowskim przyjęte programy 
następującego na rok przyszły sejmu, który pod 
łaską Stanisława Potockiego miał być konfede- 
racyjnym, to jest mogącym zmienić nawet prawa 
kardynalne, jeszcze pod Uherum veto każdego 
w szczególności posła stękające. 

Ignacy Potocki, marszałek wielki litewski, 
zięć księżnej Lubomirskiej, siostry księcia Adama 
Czartoryskiego, od sławnego procesu Angielki, 
na więzienie dożywotnie do Gdańska skazanej, 
jawną już walkę z królem toczącego, przybył 
do Kijowa jedynie dla dokładnego wyrozumie- 
nia, co się miało na tym jeździe uradzić. Ten 
źle jakoś przyjęty przez księcia Potemkina, 
z Kijowa udał się do Berlina, i oznajmiwszy 
królowi pruskiemu, jakie nastąpiły układy, na- 
mówił go, aby związek podobny temu, jaki Ro- 
sya z Polską zawrzeć miała, na przyszłym sej- 
mie od siebie ofiarował, przekładając, że clio 
ciąż znaczna liczba arystokratów do podanego 
przez gabinet petersburski układu przystąpiła 
i po województwach przez siebie zamieszkałych 
jako zamożne posiadłości mająca, licznym wy- 
borem posłów zawładnąć może; jednakże jeśli 
on postara się pociągnąć na swoją stronę szla- 
chtę wielkopolską, z drobniejszych właścicieli 



— 77 — 

złożoną, ale wielką liczbę posłów obiecującą 
i arystokratom mniej podległą, przy stronnictwie 
Czartoryskiego w Małopolsce przewagę mają- 
cem, większość głosów na sejmie wystawić 
może. 

Tymczasem Stanisław Potocki, polegając na 
jawnych układacłi kijowskich, w jego przeko- 
naniu powszechne zatwierdzenie mających, nie 
świadom zupełnie tego, co się w Wielkopolsce 
knowało, złożył województwo ruskie i do stanu 
rycerskiego powrócił, aby z Bracławskiego po- 
słem wybrany, laskę marszałkowską, której był 
pewny, na sejmie otrzymał. Tegoż czasu kupiw- 
szy u szwagra swojego Brtihla generalstwo ar- 
tyleryi konnej, w nowym blasku znakomitego 
w wojsku dostojeństwa, do Warszawy, jako po- 
seł bracławski, ster sejmu poruczony mieć so- 
bie spodziewając się, zjechał. 

Jakież było zdziwienie jego, gdy po zagaje- 
niu sejmu, izba poselska, nie jego, ale Stanisława 
Małachowskiego, referendarza koronnego, mar- 
szałkiem swoim obrała. 



n. 

Roku 1795 Potocki za powrotem swoim 
z Hamburga, objeżdżając okolice Humania, 
upatrzył miejsce w pobliżu rzeczonego miasta, 
rozmaitością swojej posady i ogromem skał gra- 
nitowych do wielkiego upiększenia sposobne. 



- 78 — 

W tem to miejscu, podług planu zakreślonego 
przez Metzla założył on ogród, który od imienia 
kochanki Sofijówką nazwał. Przez lat dziesięć, 
to jest aż do śmierci swojej, łożył koszt wielki 
na jego ozdoby, bo tam wszystka praca ludzka 
hojnie opłacana, miliony kosztowała. 

Nie można zaprzeczyć, że i dziś starannie 
się bardzo utrzymuje to pieścidełko, a nawet 
odkryto nowe widoki, wystawiono wspaniałą 
altanę wjazdową, i rozszerzono dawny obręb 
Sofijówki, wedle rady Marmonfa, założeniem 
obszernego zwierzyńca. Smutne myśli przycho- 
dzą na widok popiersia śpiewaka Sofijówki, ukry- 
tego w ciemnym gaju, gdy pamięć przywiedzie 
krew przelaną w tych miejscach; dwakroć bo- 
wiem i Humań bliski i okolica w pień przez 
tłuszcze wycięte były, raz w roku 1673 przez 
Kara Mustafę z Doroszeńką, drugi raz w 1768. 

W pobliżu popiersia Trembeckiego, nad brze- 
giem ciekącego strumienia, na tabhcy z czar- 
nego marmuru, jest zlotemi głoskami własny 
Potockiego wiersz następujący: 

Płyń strumyku cichym biegiem, 
Te na zawsze rzucaj cienie, 
Z kwiecistym żegnaj się brzegiem, 
Dzikie skrapiać spiesz kamienie. 
Tak szczęśliwy dzień uchodzi. 
Choć zbyt rzadki dla człowieka. 
Ledwie się go ujrzeć godzi, 
TvIko błyśnie i ucieka. 



— 79 — 

Wiersz ten maluje wiernie stan jego duszy, 
smutnymi całego życia wypadkami, w nałóg 
rzewnej tęsknoty przeistoczony. 

Dręczące go zawsze myśli ciężkie, łagodził 
troskliwym starunkiem o dobro podległego mu 
ludu, zasłaniając go od ucisku, jakiby mogli 
nań wywierać uciążliwi oficyaliści i dzier- 
żawcy. 

Mocniejszą nadewszystko polepszenia losu 
poddanych swoich założył podstawę, ustano wie- 
wiem czynszów, czyli zamianą wszelkiej robo- 
cizny za opłatę pieniężną, hcząc każdy dzień 
pańszczyzny pieszej po groszy dwanaście, cią- 
głej po groszy piętnaściCj tudzież oddając do 
ich bezpłatnego użytku, wszystkie łany folwar- 
czne i pola wakansowe. Można brać miarę stąd, 
że wszystkie dobra Potockiego, które dziś w ręku 
jego dziedzicznych spadkobierców i wielu no- 
wych nabywców, kilkanaście milionów czynią 
intraty, jemu niespełna tylko dwa miliony rocz- 
nego przynosiły dochodu. Do pomyślnego tych 
czynszów zaprowadzenia, przyczyniło się wiele 
i to, że żydzi, te prawdziwe ludu rolniczego pi- 
jawki, ze wszystkich wsi od szynkowania trun- 
ków oddaleni byli. Jako i nie tylko pomienione 
czynsze, ale nawet wszelkie podatki skarbowe, 
bez żadnej ze strony dziedzica egzekucyi, w czas 
normalny, za każdą ratę punktualnie od wszyst- 
kich gromad opłacane były; póki po jego śmierci, 
najstarszy syn Szczęsny, tego postanowienia 



80 



ojcowskiego, jako opiekun masalnej fortuny ma- 
łoletnich, nie zmienił. 

Urządzone przez Potockiego czynsze, chociaż 
nie były istotną włościan emancypacyą, prowa- 
dziły jednak za sobą wszystkie jej korzyści, nie 
dając miejsca tym niebezpiecznym następstwom, 
jakie ciągnie za sobą ogólne wyzwolenie wło- 
ścian, żadnej ziemskiej własności nie mających. 
Gdyby za tym przykładem poszli byli inni wła- 
ściciele ziemscy, włościanie przyszliby do lep- 
szego bytu, a w miarę wzrostu ich zamożności, 
podnosiłyby się dochody ich panów. Ale ci, 
rozłakomieoi przedaźą dobrą rolniczych produ- 
któw w Odessie, coraz więcej rozprzestrzeniali 
łany dworskie, coraz większą pańszczyzną obcią- 
żając włościan, co sprawiło, że plony ich za- 
siewów przewyższając znacznie zapotrzebowa- 
nie handlu zagranicznego, stały się przyczyną 
zniżenia ceny produktów, a włościanie zmuszeni 
do odbywania pańszczyzny zwiększonej najmem, 
gdzieniegdzie podupaść musieli. 

Po śmierci Potockiej z Mniszchów, Potocki, 
pięć córek z nią spłodzonych, zamąż po wy da 
wał. Wiktoryę wychowaną w Smolnym Mona- 
sterze, ze wszystkich najpiękniejszą i do matki 
najpodobniejszą, wydał za młodego ChoiseuFa, 
z którym ona się później rozwiódłszy, poszła za 
Bachmetiewa, i najpierwsza z sióstr swoich 
umarła. Różę, drugą, wydał za Antoniego Po- 
tockiego starościca halickiego, z którym ona 



81 



mając potomków, rozwiodła się dla powtórnego 
zamęźcia z Branickim, po którym dziś jest pa- 
nią dożywotnią, ogromnej w dobrach i kapita- 
łach fortuny. Konstancyę wydał za Jana Poto- 
ckiego syna krajczego, Oktawie za Świejkow- 
skiego wojewodzica, Julię za Mikołaja Sapiehę, 
syna wojewody smoleńskiego; wszystkich tych 
pięciu córek zaślubiny, poprzedziło ożenienie się 
jego z Wittową. Konstancya po stracie pierw- 
szego męża, powtórzyła ślub małżeński z Ra- 
czyńskim. Jan Potocki znany jest ze swych 
badań historycznych w literaturze, Edward Ra- 
czyński z wydań użytecznych i ofiar na poży- 
tek powszechny. Ostatni był wydawcą staroży- 
tnych pisarzów polskich, da.ro wał swój dom 
w Poznaniu na szkołę realną i przyczynił się 
do założenia jej funduszem własnym; na wysta- 
wienie zaś pomnika grobowego w kościele ka- 
tedralnym gnieźnieńskim, dla Mieczysława I 
i Bolesława Chrobrego, wyłożył dwadzieścia kilka 
tysięcy talarów. 

Obydwaj ci Konstancyi mężowie, jako pisa- 
rze uczeni i uczonych mecenasi, staną w przy- 
szłości obok Jabłonowskich, Załuskich, Ossoliń- 
skich i Czackich; oba, szczególnym trafem, sa- 
mobójczą ręką życie sobie odjęli, które podobno 
zmierziła im zawiść szarpiąca ich sławę, i obu 
śmierć zawczesna rozłączyła z wierną im i uko- 
chaną małżonką. 

Za panowania cesarza Pawła, gdy Potocka 

HAJDAMACZYZNA II. 6 



82 



z Mniszchów wyjechała powtórnie do Peters- 
burga, wzięła z sobą najstarszego syna swego 
Szczęsnego, aby ten przy dworze służbę kamer- 
hera osobiście sprawował. Przez czas niedługi 
pobytu w stolicy, zadłużył się tam do dwóch 
milionów, o czem dowiedziawszy się cesarz Pa- 
weł, odesłał go z feld-jegrem do ojca, aby pod 
okiem rodzicielskim, nie miał sposobności trace- 
nia majątku. 

Był to najukochańszy syn Potockiego. Ojciec 
popłaciwszy zaciągnione przez niego w Peters- 
burgu długi, pomimo schedy, jaka z działu for- 
tuny przypaść nań miała, darował mu Mohylów 
nad Dniestrem z należącemi do niego wsiami 
i kupił na jego imię Niemirowszczyznę, przeszło 
dziesięć tysięcy dusz ludności męskiej mającą. 
Wszystkie te dobrodziejstwa nie wstrzymały je- 
dnak syna od zakochania się w pięknej maco- 
sze. Przez lat kilka nie znane były ojcu miłostki 
synowskie, ale, że szydło w worku nigdy utaić 
się nie może, nakoniec tajemne stosunki odkryte 
mu zostały. Chorował on od roku i leczył się 
sam z książki, pijąc wodę rozwiedzioną smołą. 
Grdy to nie pomogło, nie ufając nadwornemu 
swemu lekarzowi Mejerowi, wezwał na ratunek 
doktora Grygolewskiego. Smutne były jego osta- 
tnie chwile; nie kazał wpuszczać do swego po- 
koju żony, a synowi zagniewania jawne dawał 
znaki. 



83 



Czując się być bliskim zgonu, posłał do Gry- 
golewskiego karteczkę w tycłi słowach: » Przy- 
bywaj kochany Grygolesiu, bo pars adversa źle 
o mnie myśli «. Ale podejrzenia jego ze zgryźli- 
wości pochodzące były niesłuszne, bo przy au- 
topsii, znaleziono gnijące nerki, co wedle zdania 
lekarzy, pochodziło ze zbytniego zażywania cu- 
kierków Diabolinami zwanych, mających siłę 
podbudzającą. Zw^łoki jego tymczasowo złożono 
w kaplicy przy cmentarzu publicznym, gdzie 
złodzieje później odarłszy go z bogatego mun- 
duru generalskiego, postawili nagiego przy ścia- 
nie. Na ostatni jego spoczynek sukcesorowie 
później złożywszy trzykroć sto tysięcy złotych, 
zbudowali kościół z klasztorem dla Dominika- 
nów, od dziada ich wsią zamożną opatrzonych. 
Pogrzeb odprawił się z wielką okazałością, przez 
Żyrosława Potockiego przepysznie urządzony, 
ale najwymowniejszą tego obchodu ozdobą, był 
orszak delegatów od każdej z kilkuset w^si gro- 
mady sua sponłe, na uczczenie pamiątki dobrego 
ich pana. Zwłoki Potockiego później znowu prze- 
niesione zostały dc kaplicy cmentarnej, w której 
dziś się nabożeństwo parafialne odbywa. Umarł 
Potocki w miesiącu marcu 1805 roku, zosta- 
wiwszy z Mniszchównej czterech synów i siedem 
córek, a z trzeciej żony swojej synów trzech 
i córek dwie. 

6* 



— 84 — 

ni. 

Ażeby niniejsze pismo moje, nie było posą- 
dzone o stronność, zdam sprawę z moich z do- 
mem Potockich stosunków i wyznanie opini mo- 
jej uczynię. 

Ojciec mój do sprzedania spadającej nań czę- 
ści ze dwóch wiosek po dziadu moim w woje- 
wództwie brzesko-kujawskiem pozostałych, z ka- 
pitałem kilkadziesiąt tysięcy wynoszącym, przet 
niósł się w późnej starości na Ukrainę, roku 
1780, ze swemi córkami, których mężowie 
w Humańszczyżnie mieszkali przez lat dwa- 
dzieścia cztery, i był w tychże dobrach dzier- 
żawcą. 

W owych czasach gospodarstwo rolne, ża- 
dnego prawie nie czyniło dochodu, bo handel 
czarnomorski, jeszcze się był nie rozwinął. Wię- 
kszą daleko część tenuty dzierżawnej składały 
arendy karczemne, trzechletnim kontraktem od 
rządu ekonomicznego wypuszczone żydom przez 
licytacyę, która się odprawiała w Humaniu 
o Śtym Janie Chrzcicielu. Na ten termin zbie- 
gały się zewsząd tłumy izraelitów, uznojonych 
pod ciężarem szub atłasowych i grodeturowych 
lisiemi zawojkami podbitych, a rękojmię wy- 
płacalności kontrahentów stanowić mających; 
rosły jak na drożdżach kwoty arend karczem- 
nych, które dzierżawcy wsiów z góry za lat trzy 
opłacać i co roku znacznie z nich żydom de- 
falkować musieli. Nawykli do obrotów ukraiń- 



- 85 - 

skich posesorowie, łatali tę stratę chowem by- 
dła, handlem wołowym i wysyłaniem słoniny 
i jagieł do Warszawy. Mój ojciec, który znał 
się tylko na gospodarstwie rolnem i handlu 
gdańskim, na opłatę tenuty co lat trzy, z ka- 
pitału swego używał, i ten do ostatka wyczer- 
pawszy, nic nam dzieciom nie zostawił w spu- 
ściźnie. 

Ja, w dwudziestym roku życia ożeniony 
z panienką żadnego posagu nie mającą i sam 
nic nie mając, musiałem pójść w służbę i przez 
lat trzydzieści, ważne w ekonomii Humańskiej 
sprawowałem obowiązki. Po śmierci Potockiego, 
synowie jego złożyli kilkakroć sto tysięcy, na 
rozdanie zasłużonym oficyalistom; ale mnie nie 
biegłemu w sztuce dworactwa i sukcesorom 
osobiście nieznanemu, z tego przeznaczonego od 
nich funduszu nic się nie dostało; bo żyjąc 
procul ab aula, i obowiązku mojego pilnując, 
spuściłem się na wyznaczoną do tego dzieła ko- 
misy ę, i żadnych o udział łaski nie czyniłem 
zabiegów. Dopiero w roku 1828 przezacny Gu- 
staw Olizar z samego użalenia się nad moim 
stanem, z wielką trudnością, ledwie wyżebrał 
dla mnie u Stanisława, Aleksandra i Bolesława 
lichą gracyjkę, zasługom moim wcale nie odpo- 
wiednią. Tak więc dla domu Potockich nie mam 
żadnego obowiązku wdzięczności, owszem słu- 
sznie żalić się mogę, że przez lat trzydzieści 



- 86 - 

służąc poczciwie ich ojcu i matce, wiek mój 
marnie sterałem. 

Co się tyczy moicti opinij, te z czasem wielce 
się zmieniły. Blisko lat dwóch ostatnich cztero- 
letniego sejmu, przebywając w Warszawie, nie 
opuściłem żadnego posiedzenia sejmowego i na- 
słuchawszy się zawołanych owego czasu mów- 
ców, byłem ich i czynności gromadzenia tego naj- 
zapaleńszym stronnikiem, a zatem konfederacyi 
późniejszej antagonistą. Mając w niej szwagra, 
który był sekretarzem konfederacyi generalnej, 
a potem na posła do Holandyi mianowany zo- 
stał i po którym brat mój na sekretarza postą- 
pił, miałem ofiarowane sobie trzy posady: na- 
przód pisaryą komory celnej Złoto-polskiej, co 
świadczy Sancitum konfederacyi na moje imię 
zapisane; potem Złotnicki czekał na mnie cztery 
miesiące z patentem na porucznikowstwo w swo- 
jej husarskiej brygadzie. Nakoniec Kossakowski 
biskup, mający prawie dyktatorskie znaczenie 
w najwyższej Radzie konfederackiej, obiecywał 
wyrobić mi regencyę komisyi skarbowej. Tego 
wszystkiego dla ówczesnych moich przekonań 
nie przyjąłem. 

Z tem wszystkiem późniejsze wypadki i bliż- 
sze poznanie rzeczy, opinię moją co do sejmu 
czteroletniego i Potockiego zupełnie zmieniły; 
i jeśli go bronię i tłómaczę, nie czynię to z ża- 
dnych innych powodów, tylko, że także jest 
oparte na sumiennem badaniu przekonanie moje. 



87 



IV. 

Szczęsny Jerzy Potocki, urodził się z dobremi 
skłonnościami serca i nadal pięknie rozwinąć 
się mającemi zdolnościami u my słowemi. Wycho- 
wanie jego poruczone było sekularyzowanemu 
pijarowi, księdzu Truskolawskiemu. Był to czło- 
wiek uczony, a przytem w posiedzeniu towa- 
rżyskiem dowcipny i miły, ale moralnem ukształ- 
ceniem swojego wychowańca nie wiele zająć 
się mogący, bo sam nieszczególnych był oby- 
czajów. Odprawić mszę świętą co niedzielę, co 
rok w dzień św. Stanisława patrona Polski 
i pryncypała swego, wypalić nowe kazanie, 
w oznaczone godziny zbyć się niecierpliwie da- 
wania lekcyj, a potem cały dzień wałęsać się 
po dworkach, godzić powaśnionych kochanków, 
narzucać się na powiernika wszystkich w mie- 
ście miłostek i w pośród trudnienia się intere- 
sami serc cudzych, szukać dla siebie dorywczego 
zysku, był to powszedni bieg jego życia, smutną 
i brzydką zakończonego chorobą. 

Z takiego mistrza szkoły, wywieziony do 
Petersburga wprost młodzieniec, w niedojrzałym 
wieku zostawiony u dworu w randze kamerhera, 
bez przewodnika, bez gruntownych zasad mo 
ralnych, polubił namiętnie karty, kobiety i zby- 
tek. Cesarz Paweł dowiedziawszy się o jego ży- 
ciu nierządnem, odesłał go do ojca z feld-jegrem. 
Ojciec kazawszy opłacić długi w Petersburgu 
zaciągnięte, chcąc go mieć bogatszym od innych 



— 88 — 

synów, darował mu klucz Mohylowski i u Win- 
centego Potockiego kupił na jego imię włość 
Niemirowską, przeszło dziesięć tysięcy dusz li- 
czącą. Pomimo tylu obowiązków wdzięczności, 
nie mógł się odjąć Szczęsny szalonemu zako- 
chaniu się w macosze. 

Opłakiwał później gorzko przyśpieszony zmar- 
twieniem zgon ojcowski. Zostawszy opiekunem 
swojej rodziny, gdy do rządzenia fortuną ma- 
salną przystąpił, znalazł całą humańszczyznę 
prócz małej liczby wsiów od szlachty zadzier- 
źawionych wypuszczoną na czynsze włościanom. 
Było to bardzo korzystne dla poddanych, któ- 
rzy, pieszej lekko nałożonej pańszczyzny dzień 
płacili groszy srebrnych dwanaście, a za dzień 
ciągłej groszy piętnaście; prócz tego do użytku 
swego lub wynajęcia mieli sobie oddaną całą 
rozległość pól, jakie przedtem lany, sianoźęci, 
i wypasy folwarczne składały; mogli więc w dal- 
szym czasie przyjść do wielkiej zamożności. 
Wypłacali punktualnie nałożoną na nich daninę. 
Ale Szczęsny w jesieni powracając z Odessy, 
w przejeździe swoim przez klucz Bohopolski, 
widząc nie cały ten stepów ocean zorany, po- 
czytał to za opuszczenie się włościan w gospo- 
darstwie rolnem, i zaprowadzone przez ojca 
czynsze pokasował. Rzeczywistym do tego po- 
wodem było, że liczni pretendenci do zadzierża- 
wienia dóbr humańskich, nałożenie większej 
pańszczyzny przyjąć, za dzień pieszej groszy 



89 



piętnaście, za dzień ciągłej groszy dwadzieścia 
płacić, i trzechletnią tenutę z góry zaliczyć 
ofiarowali. Takiemi propozycyarai ujęty, poczy- 
nającemu się ulepszeniu stanu poddanych roz- 
winąć się nie dał, i chwalebne dzieło ojcowskie 
zniszczył. 

Tymczasem ryczałtowo zachwycony trzech- 
letni dochód, częścią na wyrobek ósmej schedy, 
dla macochy, częścią na zbytki, w pierwszym roku 
administracyi strwoniony został. Chociaż bracia 
przy dziale fortuny, nie upominali się o zwrot pod 
jego opieką pupilarnych intrat, on jednak obar 
czony długami, własność wszystkich dóbr swo- 
ich, nie wyłączając nawet kosztownej galeryi 
obrazów u Wincentego Potockiego razem z Nie- 
mirowszczyzną kupionej, przelać musiał na 
swoją macochę, która się zobowiązała wierzy- 
cieli jego zaspokoić, a jemu piętnaście tysięcy 
czerwonych złotych dożywotniej pensyi corocznie 
płacić. Tak zbywszy się ciężaru fortuny, lekki, 
ale zupełnie zdrów do Paryża wyjechał. Tam, 
jak mówiono, upodobał sobie jakąś angielkę, 
i wskutek miłostek tych podbudzanych ingre- 
dyencyami róźnemi, tak sobie krew popsuł, że 
w ostatniej chorobie, ciało na nim kawałkami 
odpadało od kości. Wysłany przez lekarzy do 
wód Pirenejskich, wkrótce nędznego' żywota do- 
konał, zostawiwszy dla braci smutną i wymo- 
wną w testamencie przestrogę, aby przykładem 



- 90 — 

jego nauczeni, zdrowie i majątek swój ochraniali 
troskliwie. 

V. 

Stanisław Potocki, syn Stanisława Szczęsnego 
od przyjęcia chrztu św. towarzysz sowitego pocztu 
ka walery i narodowej, w chorągwi ojca swego, 
nosił mundur towarzyski aż do roku 1793. Wy- 
szedłszy z dzieciństwa, poruczony był rachmi- 
strzowi kancelaryi centralnej ekonomicznej, dla 
obeznania go z rachunkowością; nie była dla 
niego bezowocową ta nauka, bo chociaż po obję- 
ciu fortuny spadkowej, począł ją był tracić, 
jednak obejrzał się wcześnie, radził się liczb 
i córce swej zostawił większy majątek od tego, 
jaki sam po ojcu odziedziczył. 

Po wojnie Napoleona, w której dosłużył się 
rangi generalskiej, mianowany wielkim mistrzem 
obrzędów, chciał w stolicy jaśnieć nad innych 
życiem wystawnem. Sławne były z pięknej ro- 
boty srebra jego stołowe; francuz kucharz od 
każdej osoby zaproszonej przez niego na obiad, 
bral po pięć czerwonych złotych, oprócz fruktów 
i trunków, które osobno na koszt hrabiego były 
liczone. Z takiego regestru urósł kapitał kuch- 
mistrza do ośmdziesiąt tysięcy dukatów, a że 
ten arcymistrz gastronomiczny, współzawodnik 
Carem'a, upominał się jeszcze o 2000 czerwo- 
nych złotych za przywiezione z Paryża cukierki, 
odprawiono go z kwitkiem. Później francuz ten 



— 91 — 

przeszedł w służbę W. Ks. Konstantego. Na ta- 
liie przepycłiy życia potrzeba było dobra sprze- 
dawać; przy sprzedaży ich, pełnomocnik Poto- 
cl?:iego niejaki Świecki, pierwszy u nas począł 
szacunek dóbr stanowić z liczby dusz męskich 
w skazkach po pierwszej rewizyi zapisanych. 
Chociaż tu okazały się opuszczenia ogromne, 
tak, że naprzykład w dwóch wioskach sprze- 
danych przez Włodzimierza Potockiego, podług 
skazek miało być tylko dusz sto ośmdziesiąt, 
a nabywca tych dóbr Niepokojczycki, dawniej 
rządca w Maszurowie, znalazł ich w istocie 
przeszło trzysta. 

Stanisław Potocki przy dziale fortuny, co do 
liczby dusz wziął mniejszą schedę od innych, 
co mu bonifikowano dodatkiem starostwa Zwi- 
nogrodzkiego siedm tysięcy dusz męskich mają- 
cego, które prawem emfiteutycznem miał jeszcze 
wytrzymać lat czterdzieści kilka. Po sprzedaży 
jednak kilku tysięcy dusz dziedzicznych, zostało 
mu jeszcze ich przeszło dziesięć tysięcy. Odtąd 
począł żyć rachunkowiej; ożenił się z córką 
hetmanowej Branickiej, z posagu żony kupił 
sześć tysięcy dusz w guberni Kałuskiej i umie- 
rając z choJery w domu wiejskim pod Peters- 
burgiem, zostawił córce jedynaczce szesnaście 
tysięcy dusz dziedzicznych i starostwo Zwino- 
grodzkie, na lat kilkanaście do wytrzymania. 
Córka ta zostawszy w dzieciństwie sierotą, bo 
matka jej przed śmiercią ojca umarła, wycho- 



92 



wywała się w domu ciotki swojej, Arturowej 
Potockiej. Majątkiem jej opiekował się wuj, Wła- 
dysław Branicki; przez ciąg jej maJoletności 
z dochodów klucza Teplickiego i starostwa Zwi- 
nogrodzkiego zebrano do dziesięciu milionów ka- 
pitału; co wpłynęło z dóbr gubernii Kaluskiej, 
nie wiem. Panna ta bogatego wiana zaślubiona 
z wnukiem Stanisława Potockiego, niegdyś pre- 
zesa i ministra, połączyła dwa wielkie jednego 
imienia majątki, a jeśli z tego małżeństwa zo- 
stanie jakie potomstwo, będzie to galęź Potockich, 
jedna z najbogatszych. 

Po śmierci Potockiego, Tulczyn stał się zbie- 
gowiskiem graczów, zlatujących się na zapach 
bogatego Pilawy łupu, co popadł w szpony na- 
miętnego gry miłośnika Szczęsnego. Między nimi 
rej wodził waleczniejszy przy zielonym stohku, 
niż na polu bitwy, niegdyś pułkownik, adjutant 
Championefa, sławny ze swego dowcipu C... 
Ten pytającemu się go Branickiemu, czy się na 
całe życie zagnieździł w Tulczynie, odpowie- 
dział: — Ja, tak jak wrzód, nie pęknę, póki nie 
nabiorę. Jakoż nabrał do pełna; bo za dług 
w karty od Szczęsnego wygrany, wziął wszyst- 
kie wsie do Mohylowa należące, i te Szołajskiemu 
odprzedał. Z Tulczyna, nie wiadomo za co, zo- 
stał wysłany do Wiatki i z pod straży uszedł- 
szy, na drodze, w kabaku ruskim, przy gorzałce 
życia dokonał. Szeptano naówczas o różnych 
powodach i sprawach tego oddalenia C... Może 



— 93 — 

być, że starający się ktoś wówczas o rękę córki 
chciał przysłużyć się matce, usuiiieniem z Tul- 
czyna osoby, niszczącej fortunę kochanego pa- 
sierba i rozsiewającej na karb jej szyderskie 
koncepta. Mówiono, że gdy żona pana C..., a pier- 
wej kochanka tylko, za klacz jakoby angielską 
wymieniona, i długo nazywana wprzód Sojką, 
podała w Tulczynie do rąk cesarza prośbę 
o uwolnienie męża, otrzymała obietnicę uwolnie- 
nia niezawodną, ale już zapóźną. 



VL 

Rządca klucza Tulczyńskiego, attentujący 
pilnie wszystkim posiedzeniom gry, Ignacy Ju- 
kowski, uzbierał zwolna do 2000 czerwonych 
złotych. Sprzykrzyło mu się nareszcie być skro- 
mnym poniterem, i starosta albo kapucyn, z ca- 
łego kapitału swego, bank jednego wieczora za- 
łożył. Szczęsny Potocki, który na zabicie każ- 
dego banku dziesięć razy więcej ryzykował, 
tak silny do niego szturm przypuścił, że cały 
majątek jego ze stolika sprzątnął. Poszedł z kwit- 
kiem Jukowski w obłoku najczarniejszych my- 
śli, przez całe trzy dni nie wychodził za próg 
swojego mieszkania, snuło mu się po głowie sa- 
mobójstwo, zdejmował z kołka zawieszony pi- 
stolet, ale że r^a odwieść kurka wzdrygała się, 
po długiem wahaniu się trafił na myśl weselszą, 
że goły wyszedł w świat i znów goły porosnąć 



— 94 — 

może w pierze. Posłał więc do miasta po źyd- 
ków, ci na zawołanie komisarza przynieśli mu 
w skok tysiąc rubli asygnacyjnycli w grubych 
asygnatach, które on zwinąwszy w najciaśniej- 
szy skrętek, poszedł z niemi do pałacu, z bo- 
haterskim zamiarem odwetu. Podówczas generał- 
prowiant-mejster kniaź O... zapisawszy sobie 
kwaterę w Tulczynie, ogromne zakładał banki, 
z przegranych Szczęsnego jeszcze urastające. 
Jukowski długo szczęśliwych kart upatrując, 
postawił swój skrętek i wygrał, zagiąwszy pa- 
rol, spytał bankiera o asekuracyę i tak czynił 
ciągle. Kniaź z uśmiechem litości poglądając na 
ów nikczemny skrętek, odpowiadał ciągle, źe 
asekuruje. Jukow^ski z równem szczęściem za- 
giął: — sept levees, ąuinze levees, trente levćes 
i w kilku minutach wygrał trzydzieści tysięcy 
rubli asygnacyjnych, które wtenczas znaczyły 
sto pięćdziesiąt tysięcy złotych polskich. W dal- 
szym czasie ostrożniej grą swoją kierując, po- 
troił swój kapitał; sprawił sobie prócz tego ko- 
sztowne srebra stołówce, piękne porcelany, bo- 
gatą garderobę i żył po pańsku, ale nie długo. 
Wypieszczony jak ów Sybaryta, któremu zawi- 
nięty na pościeli listek róży spać nie dał, gdy 
wstając z łóżka w podanych sobie pończochach 
dostrzegł niezacerowaną, fatalną dla siebie 
dziurkę, z gwałtownego gniewu wypadł w apo- 
pleksyę i oczy na wieki zamknął, zostawiając 



- 95 - 

braciom swoim Piotrowi i Janowi 25.000 duka- 
tów w goto wiź nie. 

Piotr, za czasów konfederacyi generalnej, 
z rewizora generalnego komór na super inten- 
dencyę postąpił, a potem od Seweryna Poto- 
ckiego trzymał zyskowną dzierżawą cały klucz 
Ładyźyński, i już miał znaczny kapitał, powię- 
kszony jeszcze spadkiem fortuny po bracie, gdy 
zaproponował Szczęsnemu Potockiemu ugodę 
ryczałtową o sprzedaż Brahiłowa z kilku wsiami. 
Szczęsny chcąc wiedzieć, jakiby można ustano- 
wić szacunek tych dóbr, rozkazał podać sobie 
rocznego ich przychodu sumaryusz. Jukowskiego 
szczęściem, kancelarya opuściła w tabeli intraty 
z browaru, hamerni i wapienni kamiennej, co 
rocznie czyniło 30.000 złotych polskich. 

Przy tyle zmniejszonym dóbr szacunku, ła- 
two przyszło do zgody i pan Jukowski został 
panem Brahiłowa. Jan Jukowski, brat jego i Igna- 
cego, niewiele ze schedy swojej po bracie Igna- 
cym wybrawszy, umarł wkrótce. 

Tomasz Wi... jurysta Winnicki, wyszczekany 
rzecznik, gracz zawołany na całe województwo 
Bracławskie, roku 1789 od podsędka Szczeniow- 
skiego mianowany komornikiem ziemskim bra- 
cławskim, potem konsyliarz konfederacyi bra- 
cławskiej, a po wyjeździe Potockiego do Ham- 
burgdC od Potockiej z Mniszchów, za rekomen- 
dacyą Adama Moszczeńskiego, do jej interesów 
prawnych przybrany, był z liczby tych szczę- 



- 96 - 

śliwych graczów co wygrywali u młodego Szczę- 
snego Potockiego, i z tego źródła, co dla nich 
było istotnie słotym potokiem, naczerpał do 700.000 
złotych, za które spadkobiercy jego dobra dzie- 
dziczne pokupowali. Przy grze raz pokłóciwszy 
się z Trembeckim, niedołężnemu starcowi wy- 
ciął policzek; wyzwany od Trembeckiego na 
pojedynek, za wdaniem się uprzedzonej przezeń 
policyi miejscowej, od dania satysfakcyi hanie- 
bnie się uchylił. 

Trembecki, szambelan Poniatowskiego, orderu 
Św. Stanisława kawaler, po ostatnim podziale 
Polski, miał sobie ofiarowany od książąt Czar- 
toryskich przytułek w Granowie. Później, gdy 
Potocki po rozwodzie z Mniszchówna, zamiesz- 
"kał w Tulczynie, jego także na mieszkanie do 
domu swojego zaprosił. Trembecki ściśle się 
trzymając dyety Pithagoresa, nie jadał mięsa 
i trunków mocnych nie pijał. W stancyi swojej, 
gdzie się cały dzień paliła świeca do zapalania 
fajki, w miejscu szlafroka chodził w koszuli 
długiej po kostki i dopiero pod wieczór przy- 
chodził na pokoje dla gry. Za napisanie Sofi- 
jówki wziął od Potockiego dwa tysiące czerwo- 
nych złotych. Co soboty, uszykowanym przed 
oknami swojego mieszkania ubogim, sam jałmu- 
żnę rozdawał. Pisma swoje legował Potockiej, 
między niemi znajdować się miała po łacinie 
pisana historya Polska, a w niej obrona poli- 
tycznych czynności Potockiego, jak to świadczy 



— 97 — 

obietnica jego w dwóch wierszach poematu So- 
fijówki wyrażona: 

Co czynił dla ojczyzny, co czynił dla ziomków, 
Na osobnej to karcie damy dla potomków. 

Po Śmierci jego, miałem pozwolenie przejrzeć 
te pisma, ale mnie uprzedził jakiś jegomość 
z Krzemieńca przysłany, który wszystkie pa- 
piery Trembeckiego zabrał, a czyli między niemi 
znajdowała się owa tak uroczyście zapowiadana 
historya Polska, żaden z dworaków Tulczyń- 
skich, dowiedzieć się ciekawości nie miał. W po- 
grobowem dzieł jego wydaniu, mylnie umiesz- 
czona została oda do Pieczary, którą w roku 
1788, kiedy jeszcze noga Trembeckiego nie po- 
stała w Pieczarze, napisał w przytomności mo- 
jej Dyzma Tomaszewski. Tak wybitnie różny 
od siebie charakter tworów poetycznych tych 
dwóch pisarzy, powinien był ostrzedz wydawcę 
o niewłaściwem pomienionej ody autorowi Sofi- 
jówki przyznaniu. 

Trembecki wkrótce pod odniesionej od Wi... 
zniewadze, utracił zupełnie pamięć, i w nieja- 
kiem rodzaju spokojnego obłąkania życia do- 
konał. 

Powiadał mi jeden stary gracyalista Poto- 
ckich, który do usług Trembeckiego był przy- 
dany, że gdy biednego poety bezsenność drę- 
czyła, on mu doradził, aby się napił gorzałki. 
Usłuchał tej rady Pitagorejczyk, i znalazłszy 

HAJDAMACZYZNA II 7 



— 98 - 

ją pomocną, często potem używał tego lekar- 
stwa dla zwabienia snu, na niechcące się kleić 
powieki. 

Dyzma Tomaszewski syn podczaszego wi- 
ślickiego, urodził się dnia 1 stycznia 1749 roku. 
Skończywszy szkoły u Jezuitów w Sandomierzu, 
został przyjęty do kancelaryi królewskiej, za 
rekomendacyą kasztelana Karasia, marszałka 
nadwornego, ciotkę jego mającego ze sobą. Wy- 
słany od króla w delegacyi na sejmik woje- 
wództwa Sandomierskiego, dla obrania postów 
na sejm zwołany, zamiast popierania propozy- 
cyj królewskich, przystąpił do związku konfe- 
deracyi barskiej, i w wojsku jej mianowany rot- 
mistrzem, raniony pod Lanckoroną, dostał się 
do niewoli. Z tej za wstawieniem się króJa wy- 
puszczony, po wyleczeniu się z odniesionej rany, 
gdy do dawnej przy królu służby powrócił, król 
który jeszcze nie wstawał z łóżka, po zadanych 
sobie ranach w głowę przez konfederatów bar- 
skich, przyjął go łaskawie bez okazania urazy, 
temi tylko przywitawszy słowy: — A! gdyby 
kózka nie skakała, toby nóżki nie złamała. 

Później wysłany z Debolim na sekretaryę 
przy ambasadzie w Petersburgu, przez Psar- 
skiego sprawowanej, gdy u Dniepru, w miaste- 
czku pana Pióra, dla trudnej przez rzekę lody 
łamiącą przeprawy, zatrzymać się musiał, wła- 
ściciel miejsca staruszek, siwy jak gołąb, ale 
jeszcze czerstwy, zaprosiwszy ich obu do siebie 



— 99 - 

na śwjęta wielkanocne, opowiadał im swoje przy- 
gody. 

Był ten pan Pióro za młodu dworzaninem 
Kettlera księcia kurlandzkiego, przy którego żo- 
nie Annie Iwanównie, bawiła siostra jej stryje- 
czna, Elżbieta córka Piotra W. Tej będąc dwo- 
rzaninem, umiał sobie pozyskać względy i był 
w łaskach, gdy wyjazd Elżbiety z cesarzową 
Anną do Petersburga, zostawił go bez obowiązku 
i zajęcia. Krewni bogatsi Pióra, wiedząc, że za- 
służył był sobie na łaskę Elżbiety cesarzowej, 
gdy ta na tron wstąpiła, zrobili składkę, poma- 
gając mu do podróży do stolicy, gdzie się Pióro 
umieszczenia spodziewał. Za przybyciem tu, nie 
będąc w takiej godności, ażeby się mógł pre- 
zentować u dworu, biegał po cerkwiach i miej- 
scach publicznych, mając nadzieję ściągnąć na 
siebie oko cesarzowej, i już był strawił prawie 
cały swój zapas pieniężny, przemieszkując w ubo- 
gim domku jakiegoś diaka, a jeszcze nie trafiło 
mu się, żeby go cesarzowa postrzegła. Raz prze- 
cie przechodząc przez most na jednym z kana- 
łów Newy i usłyszawszy za sobą tentent koni 
i turkot nadjeżdżającej karety, przyparł się ty- 
łem do poręczy mostowych, i wtem obróconego 
twarzą do mijającego powozu, postrzegła go 
i poznała cesarzowa, a natychmiast przypom- 
niawszy sobie, kazała konno jadącemu oficerowi 
zapytać go o mieszkanie. Spodziewać się więc 
zaczął, że zostanie co chwila wezwany do dworu, 

7* 



— 100 — 

ale dni kilka minęło w oczekiwaniu daremnem, 
gdy nareszcie jednego wieczoru, kiedy Pióro 
smutnie zadumany siedział przy slabem świa- 
tełku domowego ogniska, zajechała kareta przed 
próg chaty diakowskiej i wszedł do izby ten 
sam adjutant, który się go na moście pytał 
o mieszkanie, oświadczając, że ma rozkaz za- 
wieźć go do dworu. Cesarzowa przyjęła go bar- 
dzo łaskawie i kazała pozostać przy dworze 
staremu słudze; dano mu apartament, usługę, 
stół i powóz na zawołanie. Tak później za opieką 
N. Pani, los swój poprawił i przyszedł do nie- 
zależnego bytu. 

Ale czas wrócić do Tomaszewskiego. Ten 
w Petersburgu dowiedziawszy się o śmierci ojca 
swojego, opuścił służbę dyplomatyczną i za po- 
wrotem do kraju schedę spadkową sprzedawszy 
zwiedził Francyę i Włochy. Z odbytej za gra- 
nicą podróży, zostało mu tylko 20.000 złotych 
polskich, i te w Warszawie oddał Potockiemu, 
który mu zastawnym kontraktem bez addyta- 
mentu, wypuścił wieś Popówkę, przeszło trzysta 
dusz płci męskiej mającą, a na mieszkanie do 
Tulczyna zaprosił. W r. 1780 ożenił się z sio- 
strą moją, znaną mu dawniej, którą był poko- 
chał w Warszawie. W 1784 r. obrany był na 
trybunał Lubelski; po odbytej funkcyi deputa- 
ckiej, z bratem swoim Antonim drugi raz Pa- 
ryż i piękne nadbrzeża Renu zwiedził. W roku 
1789 sprawował urząd komisarza cywilno-woj- 



— 101 — 

skowego w Bracławiu; w 1792 r. wezwany od 
Potockiego do Jass, stamtąd pojechał z nim do 
Petersburga i sekretarzem koufederacyi gene- 
ralnej w Targowicy zawiązanej , mianowany 
został. 

Tegoż roku w grudniu, przeznaczony na mi- 
nistra rezydenta do Amsterdamu, wyjectiał do 
Wiednia, mając tam oczekiwać na przysłanie 
sobie listów wierzytelnycłi od ówczesnego kan- 
clerza ks. Sulkowskiego. 

Po drugim podziale, gdy sejm grodzieński po- 
selstwo do Rzpltej Holenderskiej za niepotrzebne 
uznał, on niechbąc żyć w kraju, wieś Popówkę 
wypuszczał innym w arendowną dzierżawę, 
a sam trzymając w^ Galicyi pierwej Szumlany, 
potem Cucułowce nad Stryjem, blisko dziesięciu 
lat przemieszkał w Wiedniu albo we Lwowie. 
Nakoniec Potocki wymógł na nim, że powrócił 
na Ukrainę i we wsi Pieniążkowej, puszczonej 
mu w dzierżawę zamieszkał. Po śmierci Poto- 
ckiego, po wyposażeniu córki wydanej za Ra- 
kowskiego Macieja, pozostały kapitalik swój 
60.000 złotycłi składający, nie chciał lokować 
u pani Potockiej, którą zawsze miał za niepe 
wną dłużniczkę; udał się z nim, z deszczu pod 
rynnę, do hetmanowej Rzewuskiej i wziął od 
niej zastawą wieś Sofijówkę pod Konstantyno- 
wem. Mieszkał tam czas niejaki, ale że w do- 
brej wierze kontraktu nie oblatował, wyforowano 
go stąd i suma zaliczona na tę wieś przepadła. 



102 



Odtąd mieszkał ciągle w Popówce, której za- 
stawę młodzi Potoccy zamienili na dożywocie. 
Z tego ostatniego siedliska, śmierć go przeniosła 
do ojców jego w r. 1825, mającego już prawie 
skończonych lat 77. 

Błędne opinie należy rozróżnić od złośliwej 
winy; Tomaszewski kochał swój kraj, choć na 
stan jego z tego samego się stanowiska zapa- 
trywał co Potocki. Wychowany w ślepem za- 
miłowaniu złotej wolności, dzielił wszystkie od- 
wieczne swego czasu przesądy. Trzeba było sły- 
szeć z jakiem poetycznem uniesieniem malował 
on przepych obozowy zbrojnej szlachty, zebra- 
nej pod Wolą na elekcyę Poniatowskiego, gdzie 
i on pod chorągwią Kalinowskiego rotmistrza 
województwa sandomierskiego, po rycersku wy- 
stąpił. 

Wspomnijmy o jego pismach Hterackich. 
W r. 1780, napisał koraedyę wierszem: Małżeń- 
stwo tv rozwodzie; w czterdzieści lat później, poe- 
mat: Rolnictwo, a po kongresie Wiedeńskim, 
w przeciągu trzech, albo czterech miesięcy Ja- 
giellonidę, przez Mickiewicza srodze wy chłostaną, 
za którą jednak ówczesny kurator uniwersytetu 
wileńskiego, ks. Czartoryski, przysłał mu dyplom 
na członka honorowego tegoż uniwersytetu. 

W prozie, przeciwko uchwalonej 3 maja usta 
wie, publikował pełną retorycznej deklamacyi 
broszurę, na którą mniej wymownie, ale logicz- 
niej odpisał mu poseł sejmu, Trembecki. W osta- 



- 103 — 

tnich latach swego autorstwa, napisał prozą ko- 
medyę pod tytułem: Pierwsza miłość, i wydał 
jeden tomik — Mieszanin. 

Miał on ducha poezyi, ale przez głębsze roz- 
myślania nad sztuką nie dosyć uprawionego, 
a ślepem naśladowaniem klasyków francuskich 
i rzymskich zarażonego; nie rzadki jednak 
u niego się trafia wiersz, albo malowniczy obraz 
wystawujący, albo silnem uczuciem miłości dla 
kraju natchniony. 

Przykład Rudnickiego uczy, jak daleko sła- 
bość charakteru, przy dobrych nawet przymio- 
tach, doprowadzić może. W konfederacyi bar- 
skiej, lubo służbę wojskową od małej rangi to- 
warzysza rozpoczął, w wielu jednak czasach 
walecznie do potyczki stawał i pod Jarosławiem 
w Rusi Czerwonej odbił z pod konwoju dwie- 
ście konfederatów barskich, którzy szli na wy- 
gnanie. Przy nowym zaciągu w r. 1788 powię- 
kszonego wojska, jako sławę bitnego żołnierza 
mający, mianowany został vice- brygady erem 
kawaleryi narodowej. 

W r. 1792 na rozkaz wydany od Rzewu- 
skiego do wojska polskiego, aby się z rosyjskiem 
łączyło jako z przyjacielskiem, uznając prawość 
władzy hetmańskiej i w rozbiór rozkazu się nie 
wdając, sam jeden wówczas uszedł z szeregów. 
Gdy mu później jeden z jeńców, w dotkliwych 
wyrazach na oczy wymiatał jego postępowanie, 
biedny Rudnicki dostał był na czas krótki po- 



— 104 ^ 

mieszania zmysłów. Po podziale kraju opuścił 
służbę wojskową i mieszkał w Hamburgu z Po- 
tockim, który mu sześć tysięcy pensy i dożywo- 
tniej naznaczył. 

Powróciwszy z Potockim do kraju, osiadł 
w Humaniu, gdzie oprócz wyżej wyznaczonej 
pensyi miał sobie nadany futor z kilkunastu 
poddanymi. 

Nawykły do twardego życia, żył bardzo 
oszczędnie, cały swój dochód obracając na wspar- 
cie ubogich krewnych i jałmużny dla biednych. 
Z futoru swojego codzień na mszę świętą przy- 
jeżdżał do Humania i stanąwszy u bramy kla- 
sztoru Bazyliańskiego, konika swojego, założyw- 
szy mu cugle na szyję, samopas do futoru pu- 
szczał, aby tam się popasłszy, znowu samopas 
powrócił do swojego pana. Tu idąc pieszo do 
kaplicy przez cały długi dziedziniec klasztorny, 
ścigany był zawsze od pustaków szkolnych, 
w niebogłosy nań wykrzykujących — « Rudni- 
cki! Rudnicki! Upiór! lapajmy zbiega i t. p.». 
Codzień witany podobnymi okrzykami, codzień 
jednak na mszę świętą przyjeżdżać nie omiesz- 
kiwał, nie skarżąc się nawet przełożonym za 
odbierane obelgi. Nakoniec dnia jednego po dłu- 
giem nabożeństwie, udawszy się dla spocznienia 
do stancyi synowca swojego, rejenta kancelaryi 
ziemskiej, legł na jego łóżku i po krótkiej chwili 
na wieki zasnął. Bóg mu dał śmierć lekką, po 
ciężkiem życiu. 



— 105 — 

Biskup Roman Sierakowski, sufragan prze- 
myski był synowcem arcybiskupa lwowskiego. 
Nie wiem z jakiego powodu opuścił swoją ka- 
pitułę i zrzekłszy się perspektywy wyźszycli 
prelatur, z Galicyi przeniósł się do Humania na 
ubogie probostwo, które oprócz oznaczenia 
wielkiej pensyi z wiktuałami i zwyczaj- 
nych akcydensów parafialnych, żadnego sta- 
łego dochodu nie miało. A choć Potocki puścił 
mu w bezpłatną dzierżawę wieś Pieniążkową, 
że jednak ks. biskup lubił żyć dobrze i do gry 
był pasyonowany, często się zastawiać musiał 
po żydach. Potocka z Mniszchów, która lubiła 
stroić żarciki, raz mu posłała bogatą infułę, 
schowaną w pokrowcu uszytym z kart polskich 
i francuskich. 

W roku 1787, gdy Rosya rozpoczęła wojnę 
z Turkami, umiał sobie Sierakowski zaskarbić 
szczególną łaskę Potemkina, który z nim ko- 
rzystne bardzo dla niego umowy zawierał o do 
stawę znacznych ilości prowiantu dla wojska, 
a tę on innym odstępując, z dobrym zyskiem 
na tych facyendach wychodz.ił. Równego faworu 
doznawał u ks. Potemkina P. Michał Mussakow- 
ski posesor dożywotni wsiów Humań, Roków 
i Kosanówki. Ten był biskupa towarzyszem 
w spekulacyach handlowych. 

W pierwiastkowym akcie konfederacyi, imię 
Sierakowskiego figurowało między konsyliarzami, 
którzy podpisali go w Targowicy. Miał nadzieję 



— 106 — 

osiągnienia intratnego biskupstwa, i skoro gene- 
ralność przeniosła się do Grodna, pospieszył jako 
członek zasiadać w jej gronie. Po rozwiązaniu 
jednak konfederacyi nic nie otrzymawszy, po- 
wrócił na Ukrainę; napróźno uczyniwszy kroki 
do pozyskania probostwa Krzyżanowskiego, do 
40.000 intraty czyniącego, które Kołłątajowi 
odebrać miano. 

Po rozdzieleniu przyłączonycti do Rosyi pro- 
wincyi, na trzy dyecezye, Mołiylewską, Pińską 
i Latyczowską, Sierakowski przez cesarzową 
Katarzynę, biskupem latyczowskim mianowany 
został, a od cesarza Pawła I darowiznę dóbr 
otrzymał. 

Sierakowski podpisał wielkie mnóstwo wy- 
roków^ rozwodowych; za rozwodem Potockiego 
z Mniszcłiówną, powlókł się długi szereg rozer- 
wanych małżeńskich związków. Z tych tylko 
wymieniam, które ze stosunków moich z Tul- 
czynem są mi wiadon^: rozwód Witta z gre- 
czynką, tegoż Witta z Ostrorożanką, Kaczkow- 
skiego z Makowiecką, G-ruszeckiego z Irzykie- 
wiczówną. Leszczyńskiego z Polumbianką, Vi 
viego z Nowakówną, Czekolego z drugą Nowa- 
kówną, Bisteckiego z Bełdycką, Trzcińskiego 
z Irzykiewiczówną, Kubalskiego z Wilikowską, 
Chojnowskiego z Siemińską i t. d. 

Żyrosław Piławita był wspólnym Potockich, 
Żelisławskich i Kameneckich przodkiem. Trzej 
bracia Dominik, Ignacy i Ludwik Kameneccy 



— 107 — 

wychowywali się pod opieką Salezego Potockiego. 
Dominik, komisarz skarbu koronnego, i Rozan, 
byli w Warszawie agentami i korespondentami 
Stanisława Potockiego; Ignacy trudnił się inte- 
resami jego w Galicyi, Ludwik przy formacyi 
pułku imienia Potockich, fortragowany na kapi- 
tana, w powołaniu żołnierskiem szedł zawsze 
drogą honoru, umarł generałem wojsk polskich, 
i miał po śmierci ten zaszczyt, źe trumnę jego 
niesioną do grobu, ramieniem swem podpierał 
naczelny dowódzca W. książę Konstanty. 

Że Kamienieccy zwali się dawniej Kamene- 
ckimi, dowodzi to nazwisko wsi humańskiej Ka- 
menecze zwanej, tak jak od imienia Ligęzów 
inna wieś w tejże Humańszczyźnie ma nazwi- 
sko, od imienia Mołodeckich, Mołodeckie, od 
imienia Łaszczów, Łaszczowa, Łaszczówka i Ła- 
szczóweczka. 

Adam Moszczeński, Wielkopolanin, wyszedł 
z pułku fizylierów w randze majora, aby się 
trzymać dworu młodego i możnego pana, jakim 
był Stanisław Potocki, podówczas chorąży ko- 
ronny. Pobierał od niego 12.000 złotych rocznej 
pensyi. Ożenił się z wojewodzianką Swiejkowską; 
brat jego Ignacy podczaszy, z drugą siostrą 
Swiejkowską, a brat Aleksander, generała tytuł 
noszący, pospolicie wesołym Olesiem zwany, 
z majętną wdową Czeczelową. Adam z Krysty- 
nopola wysłany był na Ukrainę dla przejrzenia 



108 



administracyj tamtejszych dóbr i załatwienia 
interesów, decyzyi właściciela wymagających. 
Szlachcic Ginowski rościł sobie prawo do 
części dóbr klucza Buckiego, po Strusiach na 
dom Potockich spadłego; Salezy Potocki, unika- 
jąc z nim procesu, puścił mu do dalszej woli 
wieś Krasnostawkę, dzisiaj w posiadaniu dzie- 
dzicznem Floryana Różyckiego będącą. Moszczeń- 
ski pretensyą jego uznawszy za żadną, wyfu- 
rował go z tej wioski. Szlachcic wyzuty z osta- 
tniego na starość przytułku, prawa swoje cedo- 
wał Czernyszewowi generałowi wojsk rosyjskich 
podówczas w Polsce konsystujących. Wytoczyła 
się sprawa do sądu ziemskiego i przez trybunał 
do sądów sejmowych przeszła; Moszczeński pil- 
nie koło niej chodził i pieniądze sypał. Wygrał 
ją, ale kosztowała blisko dwóch milionów. Po- 
tocki zadowolniony z tryumfu nad generałem, 
też same zakwestyonowane wioski, wypuścił 
Moszczeńskiemu kontraktem zastawnym w su- 
mie 150.000 złotych, wziętej w posagu po Swiej- 
kowskiej. Narobiwszy tyle kłopotu i straty Po- 
tockiemu, Moszczeński uratował potem cały jego 
majątek w następującej okohczności. Potocki, 
zniechęcony nowemi ustawami chciał się prze- 
nieść do Stanów Zjednoczonych Ameryki Pół- 
nocnej, i w tym celu wszedł w negocyacyą 
o sprzedaż wszystkich dóbr swoich z Protem 
Potockim. Zjechał do Tulczyna główny agent 
banku Prota Potockiego, ksiądz Ossowski; dóbr 



- 109 — 

szacunek już był umówiony. Suma pozostać 
miała w banku P. Prota, spisana już nawet była 
tranzakcya, gdy Moszczeński, nieprzytomny tej 
umowie, przybył niespodzianie do Tulczyna, 
rękę Potockiego ściągniętą już do podpisu tranz- 
akcyi zatrzymał i zdrowemi uwagami odwrócił 
go od zawarcia tak niebezpiecznej umowy. Na- 
przód pułkownik w regimencie imienia Potockich, 
poseł województwa Bracławskiego na sejm kon- 
stytucyjny, potem szef pułku pieszego Złotej 
wolności, przez konfederacyę Targowicką za- 
twierdzonego, i w służbę rosyjską wziętego, na- 
koniec odstawny generał, mając znaczne doctiody 
ze swej zastawnej dzierżawy, po śmierci Poto- 
ckiego w dożywotnią zmienionego, zawsze pra- 
wie z całą familią żyjąc w Tulczynie na koszcie 
Potockiego, mógł łatwo zebrać znaczny kapitał, 
za który u Żyroslawa Potockiego kupił tysiąc 
kilkaset dusz, i jedynemu synowi Józefowi pię- 
kny i czysty majątek zostawił. 

VIL 

Z rękopismu Krebsowej z domu Mładanowi- 
czównej, posłana była do Tygodnika Poznańskiego 
literackiego wiadomość o rzezi Humańskiej, a drugi 
jej rękopism o porwaniu i utopieniu pierwszej 
żony Potockiego, z domu Komorowskiej, zaginął 
w pożyczkach. Czytała mi go Krebsowa i treść 
je^o dobrze spamiętaną zamieściłem wiernie 
w biografii Potockiego. 



— 110 — 

Mładanowiczówna przywieziona do Krysty- 
nopola po rzezi Humańskiej, była panną u dworu 
generałowej Brtihlowej; ożenił się z nią Krebs, 
porucznik wojska cudzoziemskiego. Ten umiera- 
jąc zostawił żonie kapitał, do którego nie dosta- 
wało tylko kilka tysięcy, aby mogła opłacić 
szacunek wsi Pieniężkowej, później przez Ru- 
sieckiego kupionej. Ale Krebsowa nie chcąc zo- 
stawać dłużną, a odstąpienia tycJi kilku tysięcy 
nie mogąc wymódz na Ciszewskim pełnomocniku 
młodego Stanisława Potockiego, wzięła w dzier- 
żawę dobra skarbowe, na których wszystko co 
miała straciwszy, dożyła później wieku na gra 
cyi Aleksandra Potockiego. Zięć jej Ropp, słu- 
żąc w randze porucznika artyleryi koronnej, 
zrzekł się znacznych dóbr w Kurlandyi, nie 
chcąc w tym kraju zamieszkać, siedział z żoną 
przy teści i z przeziębienia dostawszy suchot 
gardlanych, nie mogąc przełknąć żadnego po- 
karmu, ani napoju, umarł zamęczony głodem. 
Pozostałe wnuki Krebsowej, żyją w ubóstwie 
dochodzącem do nędzy. 

Michał Mussakowski miał sobie bezpłatnie 
wypuszczone od Potockiego dwie wsie zamożne, 
Rohy i Kosanówkę; prócz tego z łaski ks. Po- 
temkina, mógł ogromne mieć zyski, jak Iwa- 
nowscy, na branych wówczas podradach. Wszak- 
że przy takiej sposobności zbogacenia się, przez 
marnotrawstwo zabrnął jeszcze w długi, i żeby 
wierzyciele zprocesowawszy go nie zabierali mu 



— 111 - 



intrat z pomienionych dwóch wsi, odstąpi! do- 
browolnie darowanego ich posiadania, poprze- 
stając na wyznaczonej sobie pensyi. Umarł wre- 
szcie dostawszy pomieszania zmysłów. 

Dziwne to były czasy; ze względu, czy na- 
głej zmiany cen w płodach rolnictwa w uro- 
dzajnym roku, czy źe Ukraina nie miała żadnego 
zamorskiego handlu, zboże spadło do nadzwy- 
czajnego taniości, i tak w r. 1782 gdy rodzice 
moi przenieśli się z Wołynia w Humańszczyznę, 
za korzec żyta płacono złoty polski jeden. Ale 
że cała włość tak rozległa nie miała więcej 
nad dziesięć folwarków administrowanych przez 
ekonomię dziedzica, a posesorskich kilkanaście, 
poddani zaś, niewciągnięci do pracy i więcej 
chowem bydła, pielęgnowaniem owocowych sa 
dów i rozpłodzeniem pszczół, niż gospodarstwem 
rolnem się zajmowali, szczupłe więc zasiewów 
swoich plony, corocznie na wyżywienie swoje 
spotrzebowywali albo je przepijali. Stąd pocho- 
dziło, że za lada chybionym rokiem nieurodzaj- 
nym, zboże podnosiło się znacznie do ceny nad- 
zwyczajnej, i tak w r. 1787 z przyczyny pod- 
radów dla armii rosyjskiej, korzec żyta płacono 
po złotych trzydzieści. 

Pamiętam, że Tomaszewski, któremu podów- 
czas cały tok dobrze nabity spłonął od ognia 
w Popówce, za dwa korce żyta dał Złotnickiemu 
wolu płużnego. 

Brat Michała Tadeusz, wyszedłszy z wojska 



112 



austryackiego, był dowódzcą milicyi nadwornej 
Potockiego, ze szlachty czynszowej na straż po- 
graniczną uformowanej, potem podporucznikiem 
kawaleryi narodowej; później przez generalność 
konfederacyi podniesiony do rangi majora, wy- 
słany został z depeszami do ambasady polskiej 
w Konstantynopolu, skąd powróciwszy zamie- 
szkał w Tulczynie, i był w wielkich łaskach 
u pani Potockiej z domu Mniszchównej; po 
śmierci Potockiego posesorował lat kilkanaście 
w Humańszczyźnie. W późniejszym wieku osiadł 
na spoczynek w Bohopolu, gdzie mu wystarczało 
do śmierci na wybornego kucharza i wina wy- 
trawne w lochu, a na domiar błogiego żywota, 
umarł bez choroby i bólu, spokojnie sobie za- 
snąwszy. 

Dudziński z młodych lat będąc fryzyerem 
Potockiego, stosownie do swej posługi nazywał 
się Zaczesalskim; w dojrzalszym wieku doświad- 
czony od pana ze swej wierności, został jego 
podskarbim, a natenczas weselej dmąc w dudy, 
przezwał się już Dudzińskim. Niezła to była rzecz 
być takim podskarbim, co z całej masy ogrom- 
nych dóbr od czynszów, arend karczemnych 
i młynowych miał pozwolenie pobierać od wno- 
szących do kasy pieniędzy, grosz trzydziesty 
na osobny swój rachunek. W czasie sejmu czte- 
roletniego, gdy w moc uchwały sejmowej, dla 
zasilenia skarbu, dozwolono wydawać za dwie 
ście czerwonych złotych dyplomata nobilitacyi, 



- 113 - 

kupił dla siebie szlachectwo. Zostawszy szlach- 
cicem, nabył od kiążąt Czetwertyńskich cały 
klucz Kitajgrodzki, i potem ze swym panem 
pozywał się o granice, ale ten proces przegrał. 
Drugich dwóchset dukatów dla brata, żałował 
już dać za ten klejnot rycerstwa, tak nisko 
wówczas oceniony, którego przodkowie nasi 
krwią się i żywotem dokupywali, i brat ten, 
nie chcąc pomnażać liczby plebej uszów, zmarł 
bezżennie. 

Metzel był synem pobocznym Brtihla gene- 
rała artyleryi koronnej, urodzonym z jakiejś 
gdańszczanki; oddany do szkoły korpusu inży- 
nierów, poznał gruntownie nauki matematyczne 
i architekturę militarną. Będąc adjutantem przy 
generale artyleryi Potockim, wyjechał z nim 
do Hamburga i do kraju powróciwszy, był za- 
łożycielem sławnego w Sofijówce ogrodu, pielę- 
gnował go starannie i pracowicie. Opuścił jednak 
to swoje ukochane dziecię dla korzystniejszej 
w Królestwie Polskiem posady, którą mu wy- 
robił u rządu Nowosilcow. Mieszkając w Huma- 
niu jadał zawsze za dwóch u Kaczkowskiego, 
ale w razie odjazdu jego, na własnej kuchni 
poprzestawać musiał; natenczas jedna kura mo- 
cno wywarzona w rosole i anatomicznie roz- 
członkowana figurowała przez cały obiad w roz- 
maitych postaciach frykasu, kotlecików i pie- 
czystego. Po nim służalec już nie miał się czem 
pożywić; zbierał ze stołu same tylko kosteczki 

H/UDAMACZyZNA II. 8 



— 114 — 

ź ostatnich szczątków mięsa ogryzione i ze 
szpiku wyssane, ale też wylizanych do sucha 
talerzy nie miał już potrzeby obmywać. 

Był to mąż surowej sprawiedliwości; raz to- 
nącego w kąpielach wód Sofijowskich, wyrato- 
wał go jeden z wyrobników najemnych i dostał 
za to cenę właściwą — dwa złote... Metzel z wy- 
soka patrząc na ciemny naród polski, wszyst- 
kich nie matematyków i nie inżynierów nazy- 
wał bydłem. 

Rzeź Humańską opisał wierszem ktoś taki, 
co był jej naocznym świadkiem, i uszedł szczę- 
śliwie powszechnego mordu. W rękopiśmie tego 
poematu, który mi się dostał, pozbawiony kilku- 
dziesięciu wierszy początkowych, wymieniony jest 
w liczbie pobitej szlachty jakiś Leszczyński ze 
swoją żoną. Być może, że Salezy Potocki, ze 
względu na jego imię, wspólne mu z naszym, 
królem filozofem, albo też na dalsze z tymże 
królem pokrewieństwo, dał dziecięciu ocalonemu 
przytułek w Humaniu. Klemens Leszczyński, 
o którym się ma mówić, przywieziony do Kry- 
stynopola w s wojem dzieciństwie, był podobno 
synem pomienionych Leszczyńskich w Huma- 
niu zamordowanych. Usposobiony do ekspedycyj 
piśmiennych, został naczelnikiem kancelaryi przy 
boku Stanisława Potockiego, który go fortra- 
gował na kapitana płatnika w pułku swojego 
imienia. 

Pod wyjazd Potockich do Wiednia, Polum- 



— 115 - 

bianka podstarzała panna fraucymeru Potockich, 
padła do nóg samej pani, błagając, aby w na- 
grodę swycłi zasług młodemu Leszczyńskiemu 
zaślubioną została. Przeważne dziewosłębienie 
Potockiej skojarzyło to małżeństwo. Leszczyński 
opuścił służbę wojskową i miał sobie por uczone 
ważne interesa, pełnego zaufania wymagające, 
którym się gorliwie i uczciwie poświęcał. W cza- 
sie konfederacyi otrzymał rangę podpułkownika 
w pułku kozaków Winnickich. Za powrotem 
Potockiego z Hamburga, rozwiódł się z bezdzie- 
tną Polumbianką i ożenił z rozwiedzioną Vi- 
viową, po śmierci której zaślubił córkę Piotra 
łukowskiego, umarł marszałkiem powiatowym 
gubernii Podolskiej, zostawując z dwóch żon 
spłodzonym dzieciom majątek dziedziczny w Bra- 
hiłowszczyźnie. 

Kwiatkiewicz założyciel wsiów humańskich 
Swerłykowej i Zielonkowej, za życia Salezego 
Potockiego był rządcą klucza Targowickiego, 
pogranicznego teraźniejszej Nowo-Rosyi, a zatem 
najbliżej z dóbr humańskich, na rozboje hajda- 
mackie wystawionego. Chcąc się zabezpieczyć 
od ich napadów, zapisał się w regestr Towa- 
rzyszów Zaporożskich i zamiast służby osobistej 
posyłał im corocznie daniną, beczkę gorzałki. 
Gdy się zanosiło na rzeź humańską, znalazł 
u nich bezpieczne schronienie i przechował się 
zdrowo, aż do zupełnego uśmierzania buntu. Nie 
on to był jednym z bohaterów umorzonych 

8* 



116 



w powieści Stanica Hulajpolsha, bo w roku 1785 
widziałem go jeszcze żywego w Humaniu i oże- 
nionego z kuzyna Postruckich, właścicieli wsi 
Podbereża w powiecie Łuckim, z rodzicami mo- 
jemi sąsiadujących. Kupił sobie majątek dzie- 
dziczny w województwie Kijowskiem i do śmierci 
trzymał w Humańszczyźnie dzierżawą wsie Zie- 
lonków i Legedzynę. 

Po zabitym w rzezi humańskiej Mładanowi- 
czu, rządził Humańszczyzną Rudzki, ojciec nie- 
boszczki marszalkowej Szołajskiej, po nim Lewan- 
dowski. Ten ostatni po złożeniu swego komisu, 
był obrany z Bracławskiego deputatem na try- 
bunat koronny. Zostawił synowi Rudolfowi i córce 
poślubionej Raciborowskiemu, kapitał w kasie 
Potockicłi lokowany i przeszło dwakroć sto ty- 
sięcy złotych wynoszący, które pomieniony Ru- 
dolf, na ojczymie swoim Złotnickim wyproceso- 
wał, a później, chorując na pana, w gronie licz- 
nych przyjaciół do ostatka straciwszy, Resztę 
życia swojego spędził na łasce siostry swojej 
Raciborowskiej. 

Po Lewandowskim objął rządy Humańszczy- 
zny z tytułem gubernatora generalnego Klonow- 
ski, który w roku 1783 naraził się na bardzo 
krytyczne położenie z takowego powodu. Jeden 
z Zaporożców schwytany na łotrowstwie i osa- 
dzony w więzieniu pod strażą pieszych kozaków 
zwanych leżniami, dlatego, że część załogi zam- 
kowej składając, z leży się swojej nigdzie nie 



- 117 — 

oddalali, wyprowadzony z więzienia na robotę 
z rydlem do kopania, stojącego nad sobą leżnia, 
tymże rydlem uderzywszy w głowę od razu za- 
bił i do lasku przyległego Humaniowi, Greko- 
wem zwanego się schronił; ale tam natychmiast 
od całej załogi humańskiej opasany wkrótce 
pojmany został. W Humaniu był sąd magdebur 
ski, złożony z wójta Jaremy, sędziego Skalskiego 
i pisarza Dydyńskiego, którzy uchwałą sejmową 
upoważnieni byli kryminalistów na śmierć bez 
odwołania skazywać. Mówiono, że Klonowski, 
nie czekając na wyrok sądu magdeburskiego, 
który od jego woli zależał, rozkazał samowolnie 
Zaporożca powiesić, i że dopiero po spełnionej 
na nim karze śmierci, sąd magdeburski zasiadł 
do pisania wyroku. Z tego powodu później Klo- 
nowski, omal nie został schwytany i pod sąd 
wojenny oddany, czego jednak przestrzeżony 
przez Solłohuba uniknął, ukrywszy się i złożył 
wkrótce swój obowiązek w ręce Dunajewskiego, 
kupiwszy sobie w dzisiejszym Lipowieckim po- 
wiecie wieś Podwysokie. 

Dunajewski wyszedł ze szkoły sławnego ksią- 
żąt Czartoryskich komisarza, Iwanowskiego; pod 
jego zarząd' wszystkie ogólnie dobra Potockiego 
oddane, wkrótce inną przybrały postać. Uspo- 
sobiony do administracyi dóbr na wielką skalę, 
przepisał naprzód dokładne instrukcye dla wszyst- 
kich oficyalistów, pomnożył liczbę folwarków, 
zabudował je porządnie, wchodził ściśle we 



— 118 — 

wszystkie szczegóły gospodarstwa, i znając się 
na nich doskonale, in traty dóbr znacznie po 
większył bez ucisku poddanych. Nie lubił on 
bez potrzeby biuromanii, i za pomocą dwóch 
tylko pisarzów podręcznych, którym sam wszyst- 
kie dyspozycye dyktował, cały obrót ekonomiki 
ogromnej, najprzezorniej urządził. 



VIIL 

W Dzienniku Domowym (czasopismo poznań- 
skie pod redakcyą Kamińskiego) w roku 1843, 
umieszczony był artykuł o Zofii Potockiej pod 
tytułem piękna Fanaryotka, przełożony z pa- 
miętników hrabiego de la Gardę, który czas nie- 
jaki bawił w Tulczynie i Sofijówkę Trembe- 
ckiego na język francuski przełożył. Gdyby 
z podobnych tym pamiętników pisano historyę, 
dzieje najbliższych nam czasów byłyby tem sa- 
mem, czem są dla nas bajeczne zapadłych wie- 
ków powieści. 

Trudno pojąć, jak autor tej krótkiej biografii, 
mógł na kilku kartkach pomieścić tyle anachro- 
nizmów, urojeń i zmyśleń. Powiada on, że hra 
bia B. ambasador francuski w Konstantynopolu, 
przejeżdżając się konno po przedmieściu Pera, 
w honorowym orszaku janczarów, spostrzegł 
w gronie na ulicy bawiących się dzieci piękną 
Fanaryotkę, podówczas piętnastoletnią dziewe- 
czkę, wdał się z nią w rozmowę i dowiedziawszy 



— 119 — 

się, że była córką ubogiego piekarza, kazał jej 
powiedzieć swojej matce, aby ta przyszła do 
jego pałacu, a on postara się o polepszenie losu 
jej rodziców. Uradowana matka leci do amba- 
sadora, a ten ofiaruje jej 1500 piastrów, jako 
cenę mającej mu być sprzedanej córki. Matka 
oburzona załamuje ręce, zachodzi się od płaczu 
ale nakoniec nędzą swojego stanu zmuszona, 
przyprowadza mu córkę i ofiarowane pieniądze 
przyjmuje; ambasador trudni się początkowem 
ukształceniem umysłu pięknej Zofii i powierz- 
chownem jej ułożeniem. Później odwołany ze 
swego poselstwa, obawiając się narazić wycho- 
wankę swoją na niebezpieczeństwa morskiej że- 
glugi, powraca lądem do Francy i na Chocim 
i Kamieniec. Młody Witt, za pomocą de la Gard'a 
kreowany komendantem twierdzy Kamieńca 
(tym komendantem był rzeczywiście ojciec jego 
podówczas żyjący, on zaś sam służył pod nim 
w randze majora) — przyjął najgościnniej hra- 
biego B. ofiarując mu dom swój na wypoczy- 
nek po podróży. Jednego dnia, gdy hrabia wy- 
jechał konno dla zwiedzenia okolic Kamieńca, 
Witt, nie mogąc dłużej stłumić wybuchu gwał- 
townej miłości, objawia pięknej Fanaryotce swoje 
dla niej uczucia i gotowość zaprzysiężenia ich 
u podnóża ołtarza; otrzymuje zezwolenie. Za- 
mykają bramy warowne, odprawia się w ko- 
ściele obrzęd zaślubin; biją ze wszystkich dział 
na wałach, hrabia B. długo nie puszczony do 



— 120 — 

twierdzy, długo stoi zdumiony pod bramą; na- 
koniec Witt odsyła mu jego bagaże z ludźmi, 
załączając urzędowny akt ślubny, list jego wy- 
chowanki uniewinniającej swój postępek i 1500 
piastrów wypłaconych za nią jej matce; hrabia 
B. powraca do Francyi bez towarzyszki. Witt 
po niejakim czasie wyjeżdża za granicę, co na- 
stąpićby musiało przed rokiem 1782, w którym 
pani Wittowa powiła syna w Paryżu; w Ham- 
burgu spotyka się z Potockim powracającym 
z Włoch, chociaż ten dopiero w końcu 1793 r. 
zwiedził pierwszy raz Hamburg i tam przez lat 
dwa zamieszkiwał. Tu Wittowi nadarza się do- 
bra gratka handlowa, bo za żonę kupioną za 
1500 piastrów, bierze od Potockiego dwa miliony 
złotych polskich. 

Pomijając dalsze baśnie hrabiego de la Gardę, 
który słyszał, że dzwoniono, nie wiedząc w któ- 
rym kościele, przystępuję do rzetelnego życia 
Potockiej opisu ze źródeł pewniejszych czerpa 
nego. Naprzód, z opowiadania córki jednego 
konsula francuskiego w Konstantynopolu z gre- 
czynki urodzonej, która zaślubiona poruczni- 
kowi kancelaryi narodowej Siemińskiemu i z nim 
rozwiedziona, poszła za doktora nadwornego 
Potockich Mejera; powtóre, z opowiadania Po 
dolanów, świadków naocznych zaślubienia i dal- 
szego pożycia Zofii z Wittem, nakoniec ze sto- 
sunków moich z osobami, które zbliska patrzyły 
na jej związki z Potockim i znają dobrze to 



— 121 — 

wszystko co po jej owdowieniu zaszło z nią aż 
do śmierci. 

Oto jest rodowód. W siedemnastym wieku 
za panowania w Turcy i Amurata IV, Grek 
imieniem Scarlatos, z urzędu swojego Gorgui, 
czyli dostarczyciel wołów i baranów na cały 
seraj sultański i koszary janczarskie, miał córkę 
jedynaczkę Loxandrę. Zbogacony wielkiemi tej 
dostawy korzyściami , mając wielki kredyt 
u Porty, gdzie bogactwa dają przede w szystkiem 
pierwszeństwo, był protektorem Bazylego hospo- 
dara mołdawskiego, który za pomocą pomienio- 
nego Scarlatosa, wiele szkodził u Porty przeci- 
wnikowi swemu Mathiasowi hospodarowi woło- 
skiemu. Mathias chcąc go pozbawić silnego po- 
plecznika w Dywanie, wyprawił posłów do 
Scarlatos'a, prosząc go o rękę Loxandry, chętnie 
przychylił się do tej prośby Scarlatos, i z wiel- 
kim przepychem odprawił się obrządek zrękowin, 
ale po zaręczynach Loxandra zachorowała na 
ospę, która ją szkaradnie zeszpeciła, a co gor- 
sza pozbawiła jednego oka. Ojciec zataiwszy 
przed dziew^osłębami nieszczęśliwy skutek cho- 
roby, zaraz po jej wyzdrowieniu odesłał ją zię- 
ciowi narzeczonemu, z najsurowszem zaleceniem, 
aby okryta zasłoną na wzór niewiast tureckich, 
nikomu przed obrzędem zaślubienia oglądać obli- 
cza swego nie dała. Loxandra przyjechawszy 
do Targowicy, ówczesnej księstwa Wołoskiego 
stolicy, zachowała się podług rozkazania ojców 



- 122 — 

skiego i dopiero po ślubie pozwoliła mężowi 
uchylić swojej zasłony. Mathias przestraszony 
szpetnością swojej małżonki, odesłał ją zaraz 
ojcu, z bogatą wyprawą i przy wiezionem od niej 
wianem, 150 kies złota wynoszącem. Scarlatos, 
gotował nań cios okropnej zemsty, gdy wkrótce 
po powrocie swojej córki, zabity został od jan- 
czara przekupionego przez Bazylego hospodara 
multańskiego, który nie wiedząc jeszcze o obel 
żywem odesłaniu Loxandry przez Mathiasa, 
obawiając się, by Scarlatos, jako teść jego, nie 
szkodził mu w Dywanie, zgładzić go ze świata 
postanowił. Loxandra sama sobą wiadnąca, choć 
szpetna, w wyborze męża więcej urody i szla- 
chetności rodu niż dostatków szukała. W lat 
kilka przybył do Stambułu jeden z Maurokor- 
datów rodu książęcego, z familią cesarzów wscho- 
dnich spowinowaconego. Ten przywiedziony do 
ubóstwa, sam uprawiał sad swój morwowy na 
wyspie Chios i jedwabniki pielęgnował. Często 
nosząc towar swój do Loxandry na sprzedaż, 
jako nadzwyczaj piękny młodzieniec i szlachet- 
nego domu potomek, obudził w jej sercu miłość 
tak silną, że sama mu podała myśl, aby się 
z nią ożenił. Pantalis Maurocordato, znękany 
ubóstwem, chętnie przyjął ofiarowaną sobie rękę 
bogatej dziewicy. Pierworodnym ich synem był 
Aleksander, w którym rodzice widząc wielkie 
umysłowe zdolności, posłali go na nauki do Pa 
dwy, gdzie po czternastu leciech pobytu, został 



— 123 — 

mianowany doktorem filozofii i medycyny. Po- 
wróciwszy do Konstantynopola w dwudziestym 
szóstym roku, objął w kościele patryarchalnym 
katedrę nauczyciela publicznego tych dwóch 
umiejętności. Ale że w Stambule; większą daje 
wziętość znajomość medycyny niż filozofii, poświę- 
cił się przeto samej tylko praktycznego lekarza pro- 
fesyi. Szczęśliwe jego powodzenie w leczeniu 
chorych, otworzyło mu przystęp do członków 
Dywanu; a że posiadał gruntowną znajomość 
europejskich i oryentalnych języków, mianowany 
został pierwszym drogmanem Porty, a później 
pospołu z Zuulfikarem Effendim, sprawował po- 
selstwo do Austryi, gdzie był głównym negocya- 
torem zawartego w Karłowicach traktatu i od 
Leopolda cesarza przywilej na hrabstwo Impe 
ryi otrzymał. Wpadał on dwa razy w niełaskę 
wielkich wezyrów, ale potrafił przetrwać nie 
bezpieczeństwo położenia swego i umarł w wiel- 
kim kredycie u Porty w roku 1709, zostawiwszy 
dwom synom Mikołajowi i Janowi, oraz dwom 
córkom Aleksandrze i Helenie, ogromne bo- 
gactwa. 

Jedna z tych córek zaślubioną została księ 
ciu Ghika, druga potomkowi domu de Celice. 
Wszystkie te trzy domy, przybrały do imion 
swoich imię Scarlatosa, jako protoplasty swojego 
z linii żeńskiej. Potomkowie Maurokordatów 
i Ghików, dotąd zachowali swoją przemożność 
między Grekami: dom de Celice podupadł, i oj 



— 124 — 

ciec Zofii był w rzeczy samej przywiedziony 
do wielkiego ubóstwa. 

Boscamp, ten sam co w czasie powstania 
Kościuszkowskiego, tak smutnie skończył, był 
przedtem rezydentem austryackim przy Krim- 
Gereju łianie krymskim, ale źe się naraził oso- 
biście hanowi, przeto odwołany ze swojego po- 
selstwa, przeniósł się do Warszawy na dworaka 
przy królu Stanislawie-Auguście. Wysłany od 
Poniatowskiego do Stambułu, postrzegł tam Zofię 
i przecudną jej pięknością uderzony, namówił 
ją, aby z nim jechała do Warszawy, w myśli, 
że się królowi podobać może. Wywiózł ją z Kon 
stantynopola sprawmy Boscamp, ale niewiadomo 
z jakich powodów zostawił w Chocimie, a sam 
tylko z jej portretem do Warszawy pospieszył. 
Tymczasem wieść głośna o przybyciu do Cho- 
cimia jakiejś niesłychanie pięknej Greczynki, 
jakby grzmotliwy huk dzwonu Zygmunta w Kra- 
kowie lub Iwana w Moskwie, obiła się o ściany 
skaliste pobliskiego Kamieńca. Młody Witt, syn 
komendanta twierdzy, poskoczył 'w zawód na 
rączym koniu, aby obaczyć to cudo piękności, 
a znalazłszy ją stokroć piękniejszą nad powzięte 
z wieści wyobrażenia, zapalony żądzą, obiecy- 
wał jej złote góry w zamian za trochę miłości, 
ale nie bita w ciemię Greczynka zdaleka trzy- 
mała pana majora. - Prowadź mnie do ołta- 
rza, odpowiadała, a naówczas będę twoją. Młody 
Witt nie mogąc żyć bez dobicia się do uprą 



— 125 — 

gnionego szczęścia, ożenił się potajemnie z prze- 
śliczną Zofią. Dowiedział się o tern ojciec 1 za- 
]<:utego w łańcuszlii, zapakował do l^ozy, nie 
mając go z niej wypuścić dopóki na rozpoczę- 
cie sprawy rozwodowej nie pozwoli. Strapiona 
żona odważyła się stanąć w obliczu zagniewa- 
nego teścia, padła mu do nóg i ze łzami błagała 
go, aby jej nie rozłączał z mężem. Nie długo 
było tych łez i prośby, jedno jej spojrzenie roz- 
broiło starca, podniósł ją uprzejmie, uściskał ser- 
decznie, pobłogosławił i za synowę przyjął. 

Pułkownikowa Łaska szczerą dla niej po- 
wziąwszy przyjaźń, okrzesała ją z neogreckich 
manier, i z tonem lepszego towarzystwa oswoiła. 
Zofia zawsze jej za to wdzięczną była i kiedy 
potem Łaska owdowiała, ona mając służący so- 
bie skrypt Grocholskiego, wojewody bracław- 
skiego na kilkakroć sto tysięcy złotych, nie 
wiem jak nabyty, obietnicą zniszczenia tego 
skryptu zniewoliła wojewodę do ożenienia się 
z Łaską, a później gdy wojewoda ją odumarł, 
zaprosiła do swego domu w Tulczynie i starość 
jej jakby córka troskliwie pielęgnowała. 

Przez cały ciąg swojego pożycia z Wittem, 
jednego mu tylko syna powiła w roku 1782 
w Paryżu, gdzie okrzyk powszechny sławił jej 
wdzięki, którym nawet Monsieur, później Lu- 
dwik XVIII, hołd uwielbienia składał. Za gra- 
nicą i w kraju, wszędzie do niej wzdychano, 
stąd zawiści i niesnaski domowe. Sprzykrzyła 



— 126 — 

się jej zbyt czujna i podejrzliwa straż męża, 
opuściwszy więc dom jego, z Mniszchową cho- 
rążyną koronną pojechała do Stambułu, skąd 
powróciwszy chciała zamieszkać we Lwowie, 
ale Witt, skoro się o jej powrocie dowiedział, 
poleciał zaraz do niej w przeprosiny, błagał 
przebaczenia dawnych uraz 1 na przyszłość 
delikatniejszym być obiecał. Zmiękczyła ją po- 
kora mężowska i dała się uprosić do dalszego 
z nim pożycia. 

Witt młody, po śmierci ojca został komen- 
dantem Kamieńca, ale w czasie Sejmu konsty- 
tucyjnego za samowolne oddalenie się z powie- 
rzonej sobie twierdzy, żeby być świadkiem 
szturmu, który wojska rosyjskie z austryackiemi 
połączone do Chocimia przypuścić miały, uchy- 
lony od komendy Kamieńca, generałowi Orłow- 
skiemu poruczonej , — do służby rosyjskiej 
w randze generała dywizyi przeszedł i w Cher- 
sonie dowództwo twierdzy otrzymał. Wittowa 
do Chersonu z nim pojechała z synem; stamtąd 
często odwiedzała Jassy, gdzie przebywał książę 
Potemkin. Tam ją zastał przybyły z Wiednia 
do Jass, po śmierci księcia Potemkina Potocki, 
i w przejeździe swoim do Petersburga w Cher- 
sonie odwiedził. 

Dawniej, kiedy jeszcze pani Wittowa miesz- 
kała w Kamieńcu, wybrała się była do Tul- 
czyna, dla oddania wizyty atencyonalnej wyż- 
szej od siebie generałowej. Ale Potocka z Mni 



— 127 — 

szchów, uprzedzona o jej zbliżeniu się do swojej 
stolicy, wyjechała przed jej przybyciem do po- 
bliskiej wsi Wojtówki, danej sobie przez Poto- 
ckiego, jak on się wyrażał, na szpilki. Tak pani 
Wittowa z niczem wyjechała z Tulczyna. Po 
jej odjeździe żartowali sobie z uczynionego jej 
af rontu pieczeniarze Tulczyńscy. Benedykt Hu- 
lewicz tłómacz nieszczególny Owidiusza, de arte 
armandi, ale niezły swojego czasu jowialista, 
z okazyi tej opowiadał zmyśloną czy też praw- 
dziwą anegdotkę bardzo pocieszną, ale trochę 
nieprzyzwoitą. W czasie tych pierwszych od- 
wiedzin Tulczyna, nie spodziewała się zapewne 
pani Wittowa, żeby w tym domu, gdzie ją go- 
spodyni osobiście przyjąć nie raczyła, i gdzie 
później ukradkiem się przechowywała, samowła- 
dnie kiedyś panować miała. 

Po śmierci Potockiego, pozostawszy wdową 
z najstarszym pasierbem opiekunem majątku 
całoj rodziny wyjechała do Petersburga, dla 
wyrobku interesów działowych. Na mocy prawa 
ze statutu litewskiego wy ciągnionego i zastoso- 
wanego do tego wypadku, równą z pasierbami 
schedę nie dożywotnią, ale dziedziczną wyzna- 
czono pozostałej wdowie. 

Pomimo tak pomyślnego powodzenia intere- 
sów swoich w Petersburgu, nie mogła się wy- 
winąć pani Potocka od znacznej straty z po- 
wodu zagrożenia procesem o nieprawność swego 
małżeństwa, przez drugą żonę Witta, Ostroro- 



— 128 — 

źankę z domu, narzuconego. Mówią, że się z tego 
znaczną sumą wykupić musiała. 

Po wydzieleniu sched przez sąd polubowny, 
któremu prezydował Potocki starosta szczerze- 
cki, Potocka na imię swoje i synów swoich, 
odziedziczyła połowę ogromnej zmarłego męża 
fortuny; prócz tego stała się właścicielką części 
wydzielonej pasierbowi Szczęsnemu i całej Nie- 
mirowszczyzny kupionej dla niego extra działu, 
a mającej przeszło 10.000 dusz męskich. Za- 
straszona bowiem marnotrawstwem Szczęsnego, 
wyprawiła go za granicę, przyjmując na siebie 
wszystkie długi jego, 30 milionów wynoszące 
i obowiązując się płacić mu do śmierci rocznie 
po 15 tysięcy czerwonych złotych. 

Po krótkim zarządzie Czarnomskiego, pani 
Potocka z wielką przezornością zajęła się urzą- 
dzeniem swego i dzieci majątku, aż wreszcie 
zachorowawszy na raka umarła w Berlinie. 
Męczeński był ostatek jej życia: doktorowie ber- 
lińscy powiedzieli jej otw^arcie, że choroba ule- 
czoną być nie mogła, i że oni mogą tylko spra- 
wić niejakie przerwy w ciągłych jej cierpieniach, 
ale im je dłuższemi uczynią, tem większą siłę 
stłumione bole wywierać będą. Żądała tych 
przerw jak najdłuższych i w chwilach wolnych od 
cierpień, akt ostatniej woli swojej sporządziła. 
Dziesięć tysięcy dusz męskich przeznaczyła na 
posag swych córek; dwa tysiące pięćset lego- 
wała dla pierwszego syna Witta, a pozostały 



— 129 — 

od działu między synami majątek na własne 
jej imię odziedziczony, był dostatecznym na 
zniesienie wszystkicłi długów Szczęsnego. 

Pomimo wad będącycłi skutkiem awanturni- 
czego jej życia, miała ona wielkie zalety; była 
dobrą matką, rządną panią bez skąpstwa, wspie- 
rała wiele nieszczęśliwych rodzin, zasłużonycłi 
sobie hojnie wynagradzała, a litościwa dla bie- 
dnych, mogła powiedzieć sobie: 

Non ignare mali miseris succurrere disco. 



HAJOilHACZYZNA II. 



Mikołaj Bazyli Potocki ^), 

Starosta kaniowski. 

Mikołaj Bazyli Potocki, starosta kaniowski, 
(syn wojewody belzkiego), lubo w swem życiu 
żadnym się wielkim i znakomitym czynem nie 
odznaczył, dowodzącym wielkiego rozumu i serca, 
wsławił się jednak w Polsce i rozgłośne imię 
pozyskał przez swe różne awantury, które tu, 
dogadzając powszechnej ciekawości, o ile uszu 
mycłi doszły, zapisać postanowiłem. 

Potocki oprócz wielkiego dziedzicznego ma- 
jątku po przodkach, miał rozległe nad Dnieprem 
starostwo kaniowskie, które mu wielkie przyno- 
siło intraty. Z tych to stron najwięcej zuchwa- 
łych śmiałków ukraińskich zaciągał do swojej 
milicyi nadwornej. Trzymał niewielkim kosztem 
pieszego żołnierza półtorasta ludzie, a kozaków 
trzysta. Na to też jedno tylko, można powiedzieć, 
ekspensował. 



^) z -Pamiętnika anegdotycznego z czasów St. Au- 
gusta*, wyd. Kraszewskiego, Poznań 1867. 



131 



Dworu bowiem zwyczajnego panom polskim 
nie chował, ekwipaźów wytwornych nie używał, 
domu na stopie pańskiej ciągłego nie miał, do 
interesów w Polsce publicznych się nie mieszał, 
strojów i parady nie używał. Był jakiś czas 
rotmistrzem chorągwi pancernej wojska koron- 
nego, ale ustąpił i tej godności Teodorowi Poto- 
ckiemu, staroście olsztyńskiemu. 

Życie jego było proste, kozackie, jadł u stołu 
pospolitego, gorzałki i miodu tylko za napój uży- 
wał. Nie miał tedy okazyi i potrzeby szafowania 
wielkich z dóbr dochodów i dlatego znaczne ze- 
brał kapitały. Utrzymywanie milicyi nadwornej 
nie było też nazbyt kosztownem, albowiem ko- 
zacy służyli z gruntu na swoich koniach, w swo- 
jej odzieży; a wyżywienie ich w kraju tak ży- 
znym, obfitym i tanim, wiele nie znaczyło. Jedną 
tylko pan starosta miał zręczność większego 
wydatkowania, gdy szlachtę zagadzał, płacąc 
tym, których obić kazał. 

Wielu się na to podle sami nastręczali, aby 
go potem obedrzeć. 

Sam z natury był on dość bojaźliwym i ani 
jednego w życiu nie miał pojedynku, ale z ludźmi 
swymi burdy i awantury wyrabiał, w ich od- 
wagę i zuchwalstwo ufając. Zwykł też ich był 
albo za nieposłuszeństwo karać okrutnie, lub 
też za pilne spełnianie rozkazów hojnie wyna- 
gradzać. Lubił zawsze prawie mówić po rusku, 
do czego się być musiał przyzwyczaić dlatego, 

9* 



— 132 — 

źe ustawicznie z kozakami jeździł, bawił i ob- 
cował. 

Na usilne nalegania familii Potockich, dał się 
raz wybrać na trybunał deputatem; ale tu pa- 
nowie koledzy więcej go się obawiali, niż sza- 
nowali. 

Będąc na tym trybunale w Lublinie w czasie 
solwowania sesyi, poszedł naprzeciwko gmachu 
trybunalskiego do piwnicy za szynkarką, aby 
się, swoim zwyczajem, miodu do woli w lochu 
napić. Drzwi od piwnicy wychodziły wprost na 
ratusz, gdzie stała warta oddająca honory na- 
leżne deputatom i straż trzymająca przed izbą 
sądową. 

Oficer od warty zauważył wejście deputata 
Potockiego do owego lochu, z którego gdy się 
napowrót chciał wychylić Potocki, oficer żart 
z niego czyniąc, iż w tak pospohtym szynku 
się znalazł, za ukazaniem się głowy pana depu- 
tata zawołał żołnierzy — do broni... Potocki 
wstydził się, żeby go żołnierze wychodzącego 
z szynku mieli tak honorować publicznie, usły- 
szawszy zakomenderowującego oficera, cofnął 
się w tył, pragnąc incognito wyjść z tego miej- 
sca. Ale oficer umyślnie podwoił baczność i ile 
razy Potocki głowę wychylił z lochu, nieomie- 
szkał wołać do broni. Nareszcie zniecierpliwiony 
Potocki posłał przez szynkarkę kilkanaście du- 
katów oficerowi od straży, z prośbą, aby mu 
dozwolił cicho wyjść z piwnicy. Oficer obda" 



- 133 — 

rzony tak, dopiero zadosyć uczynił jego żą- 
daniu. 

Przez wrodzoną dumę Potocki nie rad był 
tej równości, z jaką sobie z nim inni deputaci 
postępowali, wedle obyczajów kraju republikań- 
skiego. Gdy się raz w towarzystwie odezwał do 
niego któryś, mówiąc: panie kolego: gniewnie 
mu na to odparł: 

— Koleżeństwo i powaga wasza 
Potrwa tylko do świętego Tomasza... 

(to jest do czasu limity trybunału). Ja się zo- 
stanę Potockim, jakem był, a waćpan, panem 
skarbnikiem. 

Na to szlachcic, niezmięszany: 

— Tak jest, ja się spodziewam być zawsze 
urzędnikiem i czynnym w kraju obywatelem, 
a WPan zostaniesz takim Potockim, jak i przed- 
tem. 

Na co mu starosta kaniowski: 

— Ale się WMość będziesz musiał bać mnie 
i szanować. 

Deputat znowu: 

— Pod osłoną prawa i obroną sprawiedli- 
wości bać się WPana nie będę, co się tyczy 
szacunku, tego nie odmawiam, gdy nań w opinii 
powszechnej zasłużysz. 

Usłyszawszy to Potocki, odszedł od niego 
i więcej rozmowy z nim już nie wszczynał. 

W czasie tej deputacyi, aby się czemś od- 
różnić od towarzyszów, kazał sobie zrobić dwa 



134 



kubraki z prostego sieraka; jeden biały, obszyty 
dokoła rubinami oprawnemi w złoto, guziki miał 
z krwawników, a po bokacli i na kołnierzu ob 
szywany był szlufowanymi koralami; drugi 
czarny, oblamowany był dokoła sznurem dużych 
pereł urjańskich, na kołnierzu miał brylantowe 
ozdoby i podobneż guziki. 

Widząc go w tem ubraniu jeden z deputatów, 
odezwał się głośno: Wolałbym sukmanę nad tego 
pana co ją nosi. 

Potocki widząc, że panowie trybunałowi ani 
się go lękali, ani zbytnio szanowali, lekko sobie 
traktując i unikając nawet obiadów u niego, 
z obawy, ażeby jakiego grubijaństwa nie popeł-. 
nił, znudził się i niedoczekawszy limity trybu- 
nału, wcześniej niż inni odjechał z Lublina. 
Wszyscy deputaci z wielką radością się o tem 
dowiedzieli. 

Gdy wjeżdżał do jakiego miasteczka, żydzi 
się niezmiernie go lękali, zamykano co najprę- 
dzej przed nim domy zajezdne, młode żydówki 
chowały się i uciekały na odgłos jego przybycia. 
Toż samo się działo po traktach i po karczmach, 
skąd kobiety co rychlej uchodziły przed nim, 
obawiając się kozackiej swawoli. Z tego powodu 
potem jeździł sam przodem przed kozakami 
swymi i na pół godziny z jednym masztalerzem 
dwór swój wyprzedzał do karczmy. Było to 
przyczyną następującego z nim wypadku. 



135 



Razu jednego jadąc z Przemyślan, przyjechał 
wieczorem do karczmy pniatyńskiej w lesie, 
gdzie go nie znano. Na szynku siedział człowiek, 
który należał do szajki złoczyńców kryjących 
się w lesie. Gdy Potocki wszedł do izby, szyn- 
karz spostrzegłszy u niego spinkę błyszczącą 
pod szyją, pierścień na palcu i pas złocisty, po- 
stanowił go zabić dla odarcia z tych rzeczy. 
Wyszedł tedy z karczmy, a wywoławszy córkę, 
wyprawił ją, ażeby poszła w las zwołać towa- 
rzyszów. W czasie gdy się namawiali, maszta- 
lerz Potockiego posłyszał rozmowę, chciał zaraz 
pana ostrzedz o niebezpieczeństwie, ale Potocki 
zasiadłszy za stół nie chciał go ani słuchać, ani 
wyjść do niego. Masztalerz tedy porzuciwszy 
pana w karczmie, sam dosiadł konia i spieszno 
pobiegł, dając znać kozakom o niebezpieczeństwie 
grożącem Potockiemu. Że w tej chwili ciemnieć 
poczynało, w stajni był mrok i gospodarz nie 
zważając na masztalerza, pozamykał na zamki 
wrota austeryi. Wtem przez tylne drzwi od ko- 
mory przybyła córka ze czterema silnymi i bar- 
czystymi zbójami. Ci gdy razem do izby weszli, 
Potocki się przestraszył, czując swą zgubę, ale 
na fantazyę kazał dać gorzałki i począł pić 
z nimi. Zbóje widząc mężczyznę dużego i sil- 
nego, lubo bezbronnego, ułożyli się spoić go dla 
łatwiejszego pokonania; ale starosta przyzwy- 
czajony do gorzałki mógł jej pić wiele bez upo- 
jenia. Widząc zbóje, że wódka nie skutkuje, po- 



— 136 — 

częli się brać do niego, traktując go coraz bar- 
dziej grubijańsko i wywołując kłótnię. Naprzód 
okiennice i drzwi pozamykali, poczem jeden 
z nich rozpytywać go począł: Skąd ty jesteś? 
kto taki ? oddaj nam dobrowolnie pieniądze, jakie 
masz, lub zginiesz... 

Potocki, przerażony z bojaźni o życie, nie 
śmiał się przyznać kto był, oddał zbójom pienią 
dze, jakie miał przy sobie, ale tych nie wiele 
było. Ci widząc ledwie kilkanaście złotych, na- 
legali, aby dawał więcej; starosta nie mając 
nic, wymawiał się. Przyszło tedy do oględzin, 
zaczęli go zbójcę rozbierać i zaraz się dzielić 
zdartym z niego łupem, nareszcie gdy już i buty 
mu nawet ściągnęli, związanego poczęli wlec do 
komory, aby mu tam toporem głowę uciąć. 
Wtem żona szynkarza, zobaczywszy na nim 
cienką koszulę, prosiła, aby ją zdjęto z niego, 
bo żałowała bielizny. Zbóje zgodzili się na to, 
a gdy mu ręce rozwiązali dla zdejmowania ko- 
szuli, Potocki widząc nadchodzący kres ostatni, 
użył całej swojej siły, a miał niepospolitą, i wyr- 
wawszy się z ich rąk, pochwycił nagle siekierę, 
nią się tak silnie broniąc i krzycząc na maszta- 
lerza do sieni, że na chwilę walkę przeciągnął. 
Masztalerza w sieni nie było, bo mu lepszy, niż 
swoje dwie ręce prowadził ratunek. 

Naostatek Potocki w ostateczności ośmielił 
się przyznać kim był, owym strasznym starostą 
kaniowskim, ale to choć zmieszało zbójców, zna- 



— 137 — 

gliło ich potem do gwałtowniejszego natarcia. 
Pochwyciwszy długi stół, przycisnęli go nim do 
ściany, wołając: zabić go! zabić... będzie licho! 

On rękę w górę podniósłszy, lubo był przy- 
ciskany stołem, silnie machając siekierą, bronił 
im do siebie przystępu; nareszcie dobrali tego 
środka, źe rzucili na niego prześcieradło i splą- 
tali mu nim rękę, w której siekierę trzymał. 
Skoczyli tedy zbóje, aby mu ją wydrzeć, zębami 
go po ręce kąsali, ale nie dał jej sobie wyrwać 
i tak się pasował, gdy w sam czas nadbiegli 
kozacy. Obskoczywszy karczmę dokoła, wrza- 
snęli przeraźliwie: widdajte nam naszoho batka! 
(oddajcie nam ojca naszego!). 

Przyczem wystrzelili kilka razy, nie mogąc 
się do zamkniętej bramy dostać. 

Zbójcy tem przerażeni, porzuciwszy Poto- 
ckiego, padającym stołem mocno mu tylko nogi 
potłukli i przez komorę chcieli swą drogą ucie- 
kać, ale tam już stali kozacy w zasadzce; a dru- 
dzy okna z okiennicami wydarłszy, znaleźli 
pana okrutnie zmordowanego z potłuczonemi no- 
gami, leżącego na ziemi w jednej koszuli. Zbój- 
ców tedy we drzwiach uciekających połapali 
wszystkich i suknie Potockiego odebrano, w które 
się zaraz przyodział. 

Starosta kazał ich powiązanych przynieść 
do izby, skazując na śmierć wraz ze wszystkimi, 
co w karczmie byli. Jedną tylko szynkarkę ży- 
ciem darował, która udawała, źe dlatego prosiła 



— 138 — 

o koszulę, aby mu dala sposobność do obrony. 
Jakkolwiek to tłómaczenie się było kłamliwe, 
ona jedna śmierci uszła; resztę zbójców wraz 
z karczmą spalić natychmiast rozkazał, i zaraz 
też dopełniono wyroku. 

Sam później przez kilka tygodni chorował, 
i od tego czasu już postanowił więcej się od 
swego dworu nie oddalać. Wszakże go ta histo 
rya nie poprawiła, broił wiele po miasteczkach, 
robiąc brewerye nie bardzo chwalebne. Gdy go 
arcybiskup lwowski mocno strofował o rozwią- 
złość obyczajów, rozmyśliwszy się jakoś, posta- 
nowił się wreszcie ożenić. 

Podobał był sobie córkę ekonoma swego Dą- 
browskiego, panienkę szlacheckiego urodzenia, 
ładną, cnotliwą i rozsądną — z tą się też i oże- 
nił. Ale po ślubie zaczął się z nią po grubiańsku 
obchodzić, tak, że o tem wieści doszły do Józefa 
hr. Gozdzkiego, który nie znając wcale pani 
Potockiej, powodowany tylko litością nad jej 
stanem, a niechęcią ku staroście, wziął jej obronę 
na siebie. 

Potocki byt zmuszony przy rozwodzie zapła- 
cić żonie 150,000 zip., a ojcu nagrodzić krzywdę 
wyrządzoną zabraniem całego majątku. Z tego 
wypadku okazało się, że Potocki odwagą i cha- 
rakterem nie mógł dorównać Gozdzkiemu; kilku- 
nastu ludzi z tego powodu utraciło życie, a Po- 
tocki zawsze tchórzył i nie chciał się nigdy po 
jedynkować. 



139 



Opowiadano także o fantazyi takiej pana sta- 
rosty, że raz po pijanemu, zapłacił żydowi 
w dobrach wojewody kijowskiego Potockiego 
i kazał mu, wlazłszy na drzewo udawać ku- 
kawkę. Żyd ze strachu, jakim groźny pan ka- 
niowski nabawiał, musiał być posłusznym, wlazł 
na drzewo i kukał, a starosta żartem strzeliwszy 
do owej kukawki, doprawdy ją zabił. 

Z tego powodu gdy zaszły skargi, wojewoda 
kijowski napisał o to list z wymówkami do pana 
starosty, na co on nie odpisując, nakazał w mia- 
steczku swojem Buczaczu pochwytać żydów 
trzydziestu, naładować nimi wielką brykę i niby 
na satysfakcyę za zabitego odesłał ich wojewo- 
wodzie do Krystynopola. Biednych żydów na 
dziedzińcu pałacowym w Krystynopólu kazał 
przed gankiem wywrócić. Za ten żarcik też nie 
uzyskał pochwały od wojewody, który jak 
wszystkie postępki starosty, tak i ten naganiał 
surowo. 

Siedząc we Lwowie, nie szanował Potocki 
praw fortecy; komendant garnizonu Korytowski 
ulegał mu, nie chcąc się z nim zadzierać. Ośmie- 
lony tą jego powolnością jeździł Potocki po mie- 
ście z kozakami, strzelał, bit, gwałty i hałasy 
robił. Trafiło się, źe świeżo przysłany oficer 
wszedł w służbę garnizonową, a był wprzódy 
w wojsku pruskiem, znał dobrze prawa i arty- 
kuły wojskowe, a nie słyszał jeszcze o awantu- 
rach i absolutności starosty kaniowskiego. Ten 



140 



swoim zwyczajem przyszedł z dwoma ludźmi 
z przedmieścia do miasta i począł się dobywać 
do jednej kamienicy, w której była młoda i ła- 
dna gospodyni. Mąż jej nie życząc sobie uprzy- 
krzonycłi Potockiego odwiedzin, obaczywszy go 
idącego ku swemu domowi, zamknął drzwi przed 
nim. Ten przyszedłszy, rozgniewany na niegrze- 
cznego męża, począł mu grozić batogami i wziął 
się z kozakami drzwi wyłamywać, wielki tiałas 
wszczynając w mieście. — Pospólstwo zwyczaj- 
nie ciekawe w mieście, licznie się zebrało pa- 
trzeć na tę scenę. Oficer stojący na hauptwa- 
chu widząc ten tumult, nie wchodząc w to, kto 
go robił, posłał natychmiast podoficera z kilku 
żołnierzami, ażeby winnego w areszt wzięto. 
Nieśmiał się Potocki opierać, przyprowadzono 
go na hauptwachę, ale przyszedłszy przed ofi- 
cera, pewien bezkarności, zaczął mu się stawiać 
zuchwale i odgrażać batogami. Oficer go sfukał 
natychmiast, mówiąc: 

— Nie wchodzę w to, kto ty jesteś, pełnię 
moją powinność, osób nie patrząc. Jeżeliś pijany 
i dlatego mi burczysz, ja cię prędko wytrzeźwię 

Potocki przestraszony zamilkł, gdy natych- 
miast ludzie jego, dowiedziawszy się, iż pana 
w areszt wzięto, z impetem, w liczbie kilkudzie- 
sięciu, z myślą uwolnienia go i odbicia nadbiegli 
na hauptwachę. Oficer był już ostrzeżonym 
l$:ogo zaczepił, ale po niewczasie dowiedział się, 
kto był i jaki człowiek starosta kaniowski; nie 



141 



wypadało mu ustępować, rozdał wprędee warcie 
ostre ładunki, broń żołnierzom nabić kazał, 
a obaczywszy ludzi Potockiego nadbiegających 
ze wrzawą, warcie komenderował całej stanąć 
pod bronią. Sam zaś przyszedł do Potockiego 
z nabitym pistoletem i przemówił do niego w te 
słowa: 

— Mości panie Potocki, widzisz WPan ten 
pistolet z kurkiem odwiedzionym; jeżeli twoi lu- 
dzie odważą się tu najmniejszy gwałt popełnić, 
ty pierwszy padniesz jego ofiarą i zginiesz z mo- 
jej ręki. 

Potocki nastraszony tą szlachetną oficera 
determinacyą i śmiałą mową, zawołał na swoich 
ludzi czem prędzej przez okno: 

— Idif na kwatiru rabiata, spokojno, ne bijte 
sia, win mene ne zijst'. (Idźcie dzieci spokojnie 
do domu, nie bójcie się, on mnie nie zje). 

Kozacy usłyszawszy rozkaz, natychmiast 
wyruszyli z miasta. 

Komendant obawiając się gorszych jakich 
następstw tej awantury, posłał co prędzej do 
oficera, aby Potockiego z aresztu uwolnił, ale 
oficer mu na to odpowiedział: 

— Pan komendant poty nie powinien wiedzieć 
o aresztowaniu, dopóki ja mu o niem nie zamel- 
duję; zatem do dnia jutrzejszego, do czasu ob- 
luzu warty i zejścia mojego z niej, nie wypu- 
szczę aresztanta i biorę to na moją własną od- 
powiedzialność, ■ 



142 



Gdy adjutant przysłany od komendanta od- 
szedł, pyta się oficera starosta kaniowski: 

— Cóż to WPan myślisz ze mną robić? 
Ten mu na to po desperacku: 

— Kto wie, i ja i WPan, dziś jeszcze mo- 
żemy się zobaczyć ze świętą Trójcą... 

Ta odpowiedź zastraszyła Potockiego, stał się 
w jednej cłiwili pokornym barankiem. Oficer po- 
słał do domu po książkę, którą gdy przyniesiono, 
odczytał mu z niej artykuły wojskowe, stosowne 
do popełnionej przez niego burdy i wskazał, jak 
ostre są prawa na gwałcicieli fortec, którym 
Potocki podlega. Nareszcie dodał: 

— Ja mój obowiązek spełnię, a jeślibyś mnie 
za to WPan chciał kiedy pokrzywdzić, mam 
trzech braci w wojsku, jeden z nas niezawodnie 
się na nim pomści, bezkarnie to nie ujdzie. 

Potocki w istocie wprędce się wytrzeźwił, 
z odczytanych artykułów poznał, że oficer 
wszystko czynił na mocy prawa i miał po sobie 
słuszność. Został więc spokojnie na hauptwachu 
do dnia następującego, jadł z oficerem wieczerzę 
i szczególny dla niego powziął szacunek, widząc, 
iż śmiało pełnił swoją powinność. 

Nazajutrz uwolniony z aresztu, poszedł do 
komendanta i wręcz mu powiedział: 

— Mości panie, cały twój garnizon głupi, że 
mi wybaczył, ten jeden oficer miał rozum, na 
kupienie dla niego kapitańskiej rangi ofaruję 
ośm tysięcy. 



143 



Oprócz tego dał mu dożywocie na małej je- 
dnej wioseczce pod Buczaczem; ale oficer ten 
krótko z niego korzystał, bo w pojedynku od 
drugiego oficera zginął. 

Starosta odebrawszy tę naukę, od tego czasu 
już we Lwowie spokojniej się zacłiowywał; 
wszakże zupełnie się swoich obyczajów nie wy- 
rzekł; żył ze zgorszeniem publicznem, rozwiąźle, 
znieważając prawa Boskie i kościelne. 

Księdza jednego Bernardyna, który go na- 
pomniał, batogami wybić kazał. Innych eksce- 
sów wypisywać nie chcę. 

Arcybiskup lwowski Sierakowski, przykła- 
dny i gorliwy pasterz, napisał do niego list pa- 
sterski napominalny, ale gdy i to go nie napra- 
wiło, ostatecznego przymuszony był użyć spo- 
sobu, naówczas jeszcze praktykowanego. Rzucił 
klątwę na Potockiego, który unikając rygoru 
i wyłamując się z pod ostrości kościoła łaciń- 
skiego, przyjął grecki uniacki obrządek. Była 
mu też do tego powodem i policya rządu au- 
stryackiego, nakazująca panom rozpuścić na- 
dworne milicye. 

Zostawszy Rusinem Potocki, zaczął być chrze 
ścianinem przykladniejszym, udając pokutują- 
cego za grzechy. Dobra swe wszystkie za życia 
rozdał familii Potockich, osobom szczególniej, 
które przez różne wypadki majątek miały uszczu- 
plony. Każdy z tych krewnych dostał blisko 



— 144 — 

milion w dobrach dziedzicznych, z niektórymi 
obowiązkami wypłacenia zapisów i legatów. 

Dał tedy Potocki prawdziwy miłości swojego 
imienia dowód i podupadłych krewnych dźwignął 
tym sposobem. Do starostwa kaniowskiego od- 
stąpił prawa Janowi Potockiemu, milicyę roz- 
puścił, a sobie na mieszkanie zostawił tylko 
wieś Srebrną pod Poczajowem , którą później 
tamtejszym Bazylianom zapisał. 

Uczynił to zrzeczenie się dóbr około sześć 
dziesiątego roku życia swego, zostawując sobie 
znaczne gotowe kapitały do użycia i rozporzą- 
dzenia, a postanawiając zupełnie odosobnić się 
od świata. 

Gdy raz przy nim rozpowiadano, że starosta 
Sniatyński (który był cały prawie stracił majątek) 
naśladować zaczynał starostę kaniowskiego, od- 
powiedział na to Potocki: 

— I do duroty rozumu treba. (L na szaleń- 
stwo potrzeba rozumu). 

Po rozpuszczeniu już milicyi swych koza- 
ckich, razu jednego jechał starosta przez mia- 
steczko, gdy szlachcic zobaczywszy go nadcią- 
gającego do karczmy, ułożywszy sobie skorzy- 
stać z jego gwałtowności, stanął we wrotach 
gospody i zaczął wołać, iż nie dopuści mu do 
niej zajechać i będzie się bronić. 

Potocki mając kilku ludzi przy sobie, był 
w stanie skarcić zuchwalstwo szlachcica, ale 
na ten raz znalazł się z nadzwyczajnem umiar- 



— 145 - 

kowaniem. Posłyszawszy hałasującego jegomo- 
ścia, wysiadł z karety, poszedł ku niemu i po- 
witał wprzódy, niż on zdejmując przed nim 
czapkę, a potem się łagodnie odezwał: 

— Wybaczte, nema broszy, ne budu byty. 
(Wybaczcie, nie mam pieniędzj/, nie będę bić). 

Szlacłicic zawstydzony, odstąpił od przedsię- 
wzięcia i wolnego do gospody dopuścił mu za- 
jazdu. Potocki zaprosił go potem z sobą do obiadu 
i łagodnie się z nim rozmówił. Opowiadał mu 
swoje dawniejsze awantury, wszedł w dłuższą 
rozmowę i wymiarkowawszy, że był biedaczy- 
sko w wielkiej potrzebie, rzekł do niego, gdy 
od stołu wstali: 

— Mospanie, omyliły Waszeci ułożone pro- 
jekta, rozumiałeś pewnie, iż podług dawnej taksy 
dostaniesz za skórę i pobicie tysiąc talarów. 
Nadstawiłeś skóry. Teraz, gdy cię jedno i drugie 
minęło, wiele masz do myślenia, skądby wycią- 
gnąć fundusik na załatanie dziury. Ot, przyrzecz 
mi Waszeć, że więcej w życiu tak podłych nie 
będziesz szukał zarobków, a ja ci zgodnym spo- 
sobem połowę tej sumy dać postanowiłem. Na- 
tychmiast mu cztery tysiące wypłacić kazał. 

Stał się potem starosta dobroczynnym jałmu- 
źnikiem. W Poczajowie cerkiew wspaniałą i mo- 
naster Bazylianów założył swym kosztem, zna- 
czne im kapitały do dwukroć sto tysięcy daro- 
wując. Do wszystkich innych w Polsce mona- 
sterów bazyliańskich po 30 tysięcy złtp. wyliczyć 

HAJDAMACZYZNA II. 10 



— 146 — 

kazał. Rozsypując tak skarby swoje, czynił to 
po części dla pokazania duchowieństwu łaciń- 
skiemu, ile ono straciło przez zmianę obrządku 
Potockiego. Ale Bazylianie za to wiele jego dzi- 
wactw znosić musieli. Mieszkając w Poczajowie, 
przywłaszczył sobie szczególne zwierzchnictwo 
jakieś nad księżmi Bazylianami, którzy wszelkie 
jego rozporządzenia, jakiebykolwiek one były, 
spełniać musieli. 

Od rana do południa siadywał w cerkwi na 
nabożeństwie, posty wedle obrządku ruskiego 
ściśle zachowywał i przestrzegał, aby się Bazy- 
lianie w niczem nie opuszczali. 

Tak tedy blisko siedm lat żyjąc na pokucie, 
umarł, wszystko, co po nim pozostało, zapisując 
Bazylianom: 

Żył żle, umarł dobrze, dawszy przykład z siebie. 

Jak można świata użyć, a przecie być w niebie. 



Katarzyna z Potockich Kossakowska^), 

Kasztelanowa kamińska. 

Opis życia, cnót i talentów tej pani, tak 
w Polsce naszej wsławionej z rozumu i dobro- 
czynności, a zarazem z dowcipnych, lubo nie- 
kiedy bardzo uszczypliwych słówek, pozostawić 
muszę godniejszemu pióru, nie byłem bowiem 
jej bhskim, anim miał sposobności wywiedzenia 
się o wszystkich jej życia szczegółach. Postano- 
wiłem wszakże pozostawić tu jej przypomnienie, 
jako kobiety czyniącej zaszczyt płci swojej w Pol- 
sce, i spisać, co o niej za mojego czasu powszech- 
nie rozpowiadano. 

Katarzyna z Potockich Kossakowska, kaszte- 
lanowa kamińska, w kwiecie młodości swej, po- 
wodując się woli rodziców, zapewne bez żadnej 
serca skłonności, wydana została za mąż za 
Kossakowskiego, kasztelana kamińskiego, czło- 
wieka bardzo bogatego, ostatniego z linii swej. 



*) Z »Pamiętnika anegdotycznego z czasów St. Au- 
gusta*, wyd. Kraszewskiego, Poznań 1867. 

10» 



- 148 - 

ale powierzchowności odrażającej. Był bowiem 
wzrostu bardzo małego, nie więcej nad półtora 
łokcia (stąd pospolicie karłem zwany), ogromnej 
głowy, chorowity i niedołęga, a że nosił się po 
polsku, nie mogło mu to być do twarzy. Taki 
człowiek podobać się nie mógł. Idąc za niego, 
spełniła córka pierwszą cnotę posłuszeństwa dla 
starszych, i okazała wielką charakteru stałość, 
kilkanaście lat do śmierci jego przeżywszy z tym 
narzuconym sobie mężem, statecznie i przy- 
zwoicie. Zostawszy po śmierci jego młodą je- 
szcze, urodziwą, bezdzietną i bogatą wdową, nie 
naśladowała zwykłych płci swej obyczajów, 
szukając powtórnego zamężcia, ale w stanie 
wdowim późnego dożyła wieku. Wszystkie życia 
jej czynności, rozum i charakter, wyższe były 
nad pospolitych kobiet, i dlatego przyznając jej 
męskie zalety, zwano ją pospolicie w Polsce: 
Hic mulier (ten niewiasta). Miała też rozum praw- 
dziwie męski. 

Za czasów polskich mieszała się do interesów 
krajowych, na sejmach, w trybunale utrzymy- 
wała je i popierała, zręcznie umiejąc niemi kie- 
rować. Poświadczają to jej listy, które zawsze 
sama dyktowała. Niektóre z nich doszły wiado- 
mości publicznej i godne są druku ^). Sejmy, try- 



*) Patrz » Archiwum Wróblewieckie«. t. III. Lwów 
1876. (Listy pani Kossakowskiej do Ignacego Potockiego, 
Marsz. W. X. L.) oraz » Korespondencja*, wyd. Wali- 
szewski, Kraków 1886. (K M.) 



149 



bunały, zjazdy znały jej wpływy i czynne ro- 
boty. Lubo urodzona była za mężczyznę, miała 
wszakże czułe i litościwe serce. W opisie życia 
Józefa łir. Gozdzkiego, wojewody podlaskiego, 
za dekretem hetmana wielkiego koronnego, w Ka- 
mieńcu Podolskim w areszcie osadzonego, oka- 
załem, jak ta pani zdjęta litością nad Gozdzkim, 
usilnie starała się wyjednać u hetmana uwolnie- 
nie dla niego, jak mu wiele wyświadczyła do- 
brego. Jest to tam opisane obszernie; ale i w wielu 
innych wypadkach równie się okazała dobro- 
czynną. Gdy tylko doszła jej wiadomość o nie- 
szczęściu, pośpieszyła ze wsparciem i pomocą. 
Miłość ojczyzny była w niej uczuciem najgo- 
rętszem; w najsmutniejszych dla kraju okoli- 
cznościach, gdy szło o jego obronę i podźwignie- 
nie, nieostudzony nigdy zapał okazywała. To ją 
ku schyłkowi życia do znacznego uszczuplenia 
dochodów przywiodło. W r. 1794, w czasie in- 
surekcyi Kościuszki, pieniędzmi i zabiegami do- 
pomagała Polakom, siedząc w Galicyi. Nie usłu- 
chała nakazów Katarzyny II., nie chcąc ani 
homagium jej złożyć, ani powracać do zabra- 
nych prowincyi, przez co z dóbr w nich pozo- 
stałych, utraciła dochody. A że majątki te były 
tylko pod jej dożywociem, zatem JMPan Komar, 
naturalny po Kossakowskim spadkobierca, oca- 
lając własność swoją, ażeby nie przepadła, za 
protekcyą Zubowa, dobra dożywociu Kossakow- 
skiej podległe, za jej żywota odebrał na siebie. 



- 150 — 

Za słabego jeszcze w Polsce panowania króla 
Augusta III., należała starościna do owych fa- 
milijnych układów imienia Potockich, gdzie Fran- 
ciszek Salezy Potocki, wojewoda kijowski, zabie- 
rał się w Piotrkowie na reasumpcyi trybunału, 
zrobić konfederacyę przeciw Augustowi IIL, 
zdetronizować go; sam zaś obietnicami dworu 
rosyjskiego łudzony, pochlebne sobie czynił na- 
dzieje, osiąść na tronie Piastów. Lecz śmierć 
Augusta III. w Dreźnie, daia 5 października 
1763 roku zaszła, położyła koniec tym machi- 
nacyom. W r. 1764 za protekcyą Katarzyny, 
Stanisław Poniatowski, stolnik litewski, faworyt 
Katarzyny II., wybrany był na króla. Dom Po- 
tockich uczuwszy mocno na zdradzie wyrzą- 
dzonej wojewodzie kijowskiemu, upokorzonym 
był w swej dumie, i zrobił w Założcach związek 
przeciw królowi i Rosyi, aby Poniatowskiego 
detronizować. Do tej konfederacyi Kossakowska 
wpływała; a gdy w samych początkach została 
przez Rosyan w Podhajcach zniszczoną, woje- 
woda kijowski ulegając przemocy, musiał się 
Moskalom rewersować i powrócił do domu. Pod- 
czaszy litewski z drugimi Potockimi ujechał 
w Tureczczyznę, Kossakowska zaś pozostawszy 
w kraju, burzyła Polaków przeciwko królowi 
i Rosyi, do konfederacyi podbudza. Dla Michała 
Krasińskiego, podkomorzego różańskiego, brata 
biskupa kamienieckiego, marszałka konfederacyi 
barskiej, na ręce ojca mojego posłała trzykroć 



151 



sto tysięcy złtp., dla zrobienia konfederacyi 
w Barze. 

Śmićiło i bezwzględnie przed stronnikami na- 
wet królewskimi, mówiła przeciw nieprawnej 
elekcyi króla, za co w r. 1767 przez Rosyan 
w areszcie politycznym do Warszawy była przy- 
prowadzona. Król zobaczywszy się z nią, udawał, 
jakoby o niczem nie wiedział i zapytywał o przy- 
czynę jej przybycia do Warszawy. Kossakowska 
mu na to odpowiedziała: 

— Warszawa monstrum ma jakieś porodzić, 
a mnie tu sprowadzili do babienia. 

Przez cały czas konfederacyi barskiej, ba- 
cznie była przez Rosyan postrzeganą; a będąc 
ciotką i opiekunką małoletnich synów Potockiego, 
generała artyleryi litewskiej, dla ich interesów 
bez opowiedzenia się ministrowi rosyjskiemu Sal- 
dernowi, lub Bikonowi, nie mogła nawet do Ra- 
dzynia z Warszawy się oddalić. 

Dobra jej, lubo były uciskane, mimo to, mó- 
wiła bez ogródki prawdę wszystkim, z powodu 
postępow^ania z sobą, zarzucała imperatorowej 
słabość i bojaźliw^ość. Króla nazywała zawsze 
>>król od północy* i wiele rzeczy na niego wy- 
gadywała. 

W Warszawie szanowano Kossakowską, ale 
się jej razem obawiano, w pismach bowiem swych 
i opowiadaniach, była satyryczną, co się z na- 
stępującej okaże anegdoty. W piątek w porę 
obiadową, przybyła raz w odwiedziny do 



152 



JM. ks. Andrzeja Młodziejowskiego, biskupa po- 
znańskiego, kanclerza wielkiego koronnego, u któ- 
rego zastała obiad podany, a był mimo piątku, 
mięsny. 

Ksiądz Młodziejowski zaczął ją na obiad za- 
praszać, na co mu naprzód odpowiedziała: 

— Jestem prawdziwa Polka, posty zachowuję. 

— Jako biskup miejscowy, mam władzę dyspen- 
sowania i grzech ten biorę na moje sumienie./ 

Kossakowska korzystając z niebacznego wy- 
rażenia się, odpowiedziała mu żywo: 

— Odważyłabym się na zgwałcenie postu, 
ale się obawiam, aby po śmierci księdza biskupa 
nie była potioritas na jego sumieniu i żebym 
z tablicy nie spadła. 

Zamilkł na to ksiądz biskup, a Kossakowska 
wyszła z pokoju, zostawując całe towarzystwo 
w zdumieniu. 

Książę Michał Czartoryski, kanclerz wielki 
litewski, zażądał dobra jedne Kossakowskiej, 
przyległe Wołczynowi zadzierżawić i prosił 
o wypuszczenie, na to mu odpowiedziała: 

— Boję się, M. książę, wszyscy Polacy biją 
się o to, ażeby mogli Polskę wydobyć z rąk 
jego siostrzeńca, którą w r. 1764 przemocą i bez- 
prawnie zatradowaliście, a cóżby się stało z do- 
brami, gdyby do waszych rąk przeszły! 

Książę na to odpowiedział tylko: 

— Jednej WPani zawsze używasz broni. 
Ale odstąpił od żądanej dzierżawy. 



— 153 — 

W jednem towarzystwie prymas Podoski w po- 
tocznej mowie, użył mimowolnie tego wyrażenia: 

— Różne nieszczęścia z ojczyzną się naszą 
pożeniły. 

Kossakowska, która była przytomną, natycti- 
miast słowa te prymasa pocłiwyciła i dodała: 

— Co ? co ? pożeniły ? WMość, księże pry- 
masie wiesz pono o tem najlepiej, boś intercyzę 
ślubną podpisywał. 

Na to Podoski gniewnie odparł: 

— A familia Potockich grób kopie dla oj- 
czyzny. 

Na to Kossakowska żywo odpowiedziała: 

— Ręczę, że nie będziesz WMość celebrował 
na tym pogrzebie. 

Po pierwszym Polski rozbiorze, wielka część 
dóbr Kossakowskiej wpadła w kordon austryacki, 
pojechała tedy do Wiednia. Cesarzowa szcze- 
gólne dla niej okazywała względy. — Kossakow- 
ska lubo żadnego cudzoziemskiego nie posiadała 
języka, ale większy nad wielu uczonych rozum 
miała i dowcip wrodzony. 

Józef II. rozmawiał z nią z czeska i rzekł: 
Żałuję, że się z panią nie mogę po niemiecku 
rozmówić. 

Kossakowska odpowiedziała na to: 

— Najjaśniejszy panie, nasz król jest Pola- 
kiem, dotąd wszakże myśmy jego, ani on nas, 
zrozumieć nie mógł. 

Od r. 1774 nie bywała w Warszawie, obrała 



— 154 — 

sobie mieszkanie w Galicyi w Stanisławowie. 
Niemcy, osobliwie komisarze cyrkułowi, uprzy- 
krzali jej się, tych w Wiedniu kasowała, ale to 
ją wiele kosztowało. 

Jeden nieokrzesany Niemiec umyślnie sobie 
nieobyczajnie postąpił u niej, przyszedłszy w Sta- 
nisławowie do jej pokojów, nie zdjął kapelusza, 
aź przystąpiwszy do niej siedzącej na kanapie. 
Kasztelanowa nie mogła mu tego grubiaństwa 
wybaczyć i powiedzała staroście Potockiemu, 
aby owemu oficyaliście naganił jego nieobyczaj- 
ność. Niemiec rozumiejący po polsku, odpowie- 
dział jej: 

— Pani Kossakowska taka jest poddanka 
cesarska, jak i ja! 

A ta mu żywo odpowiedziała: 

— Kłamiesz WPan, wielka zachodzi między 
nami różnica, bo ja jestem poddanka ciągła, 
a tyś pieszy. 

Rozkazała potem Kossakowska umyślnie w po- 
koju bawialnym zawiesić dwa portrety Maryi 
Teresy cesarzowej i Józefa II., dawszy sekretny 
rozkaz jednemu hajdukowi, przeznaczonemu na 
to umyślnie, aby pilnow^ał, iżby każdy wcho- 
dzący do tego pokoju, uczcił portrety monarchów. 
Była to samołówka na Niemców, albowiem gdy 
jeden z urzędników cesarskich wszedł do pokoju 
z kapeluszem na głowie, hajduk nauczony po- 
wiedział mu, ażeby znał uszanowanie dla miej- 
sca tego. 



- 155 — 

— Zdejm kapelusz, rzekł do Niemca, kiedyś 
tu wszedł. 

Niemiec lekceważąc przestrogę, pozostał w ka- 
peluszu, a hajduk mu silny wyciął policzek, 
mówiąc: 

— Naucz się szanować nawet wizerunki 
monarchów. I z głowy kapelusz mu zrzucił 
na ziemię. 

Tym sposobem Kossakowska nauczyła Niem- 
ców grzeczności, a urzędnik nie śmiał się skar- 
żyć nawet o policzek. 

Będąc powtórnie w Wiedniu Kossakowska, 
gdy się Marya Teresa spytała, jak się teraz 
Wiedeń jej wydaje, czy znajduje w nim jakie 
odmiany, miała odpowiedzieć: 

— Tak jest, od ostatniej mojej bytności, Wie- 
deń się upięknił, uważam, że od czasu zajęcia 
Galicy i, mieszkańcy kraty z okien dr u siego 
piętra powyjmowali, bo tych, których się tu 
wystrzegano, wysłano do naszego kraju. 

Na to cesarzowa rzekła: Nie godzi się, ogól- 
nie o wszystkich sądzić, wszędzie są żli i dobrzy, 
a ludzie ludźmi. Z tego przedmiotu, wysnuła się 
dłuższa pomiędzy cesarzową a Kossakowską 
rozmowa, w której kasztelanowa ujmowała się 
za Polakami, dlaczego ich nie biorą do urzędów. 
Cesarzow^a płacąc jej za poprzedzający przyci- 
nek, rzekła: 

— Polacy skłonni są do przekupstwa. 

Na poparcie tego,^ wyliczała Marya Teresa 



156 



pierwsze osoby w Polsce, które przekupione były 
i dotąd pobierają pensje. 

Kasztelanowa upokorzona tą mową, nie mo- 
gąc oczywistości zaprzeczać, ani dla uniewinnie- 
nia złych ludzi wyszukiwać pozorów, rzekła do 
cesarzowej: 

— Prawda, N. Pani, są i u nas źli Polacy, 
ale wielka to różnica, Niemca można przekupić 
kilku reńskimi, na Polaka tysiąców potrzeba, 
więc już nie tak to łatwo o przekupstwo. 

Na to cesarzowa: Przestańmy o tem mówić, 
gdyż widzę, że cię to żywo obchodzi, ale zgódź 
się na pierwsze, źe wszędzie są źli i dobrzy 
ludzie. 

Zasłużywszy sobie na szczególne względy 
u Maryi Teresy, lubo się jej urzędnicy cesarscy 
naprzykrzali w Stanisławowie, wszakże mając 
tam pałac wygodny i miasteczko porządnie za- 
murowane, mniej dbała o kłótnie z Niemcami, 
których często zmieniała, posyłając na to pie- 
niądze do Wiednia. 

Dogadzało to jeszcze jej ambicyi, że mogła 
panów starostów kasować i że się jej potem 
obawiano. 

Józef ligi , przejeżdżając przez Galicyę, 
w imieniu matki swojej oddawał wizytę kaszte- 
lanowej. Uprzedzona wcześnie z Wiednia o za- 
mierzonej jego bytności w Stanisławowie, sta- 
rała się godnie przygotować na przyjęcie ta- 
kiego gościa. 



— 157 — 

Apartament dla cesarza, wyporządzony był 
w jednym z pałacowych powilonów, gdzie była 
sala oklejona obiciem sztucznem na płótnie wy- 
klejanem ze słomy w różne wzory, gabinet wy- 
łożony boazeryą ze wszystkich drzew krajo- 
wych bardzo smakownie podobieranych, a pokój 
sypialny staropolskiemi ze skarbców dobytemi 
makatami złocistemi tureckiemi wyłożony i dy- 
wanami jedwabnymi, złotem i srebrem tkanymi. 
Portrety w nim gobelinowe zawieszone były 
i lisztwy aksamitne szyte bogato. Józef Il-gi, 
przybywszy do Stanisławowa, odwiedził naprzód 
panią Kossakowską i przez czas trzydniowego 
tu pobytu najwięcej u niej przesiadywał. Przy- 
gotowane dla siebie mieszkanie z pilnością opa- 
trywał, smak w przybraniu go pochwahł bardzo, 
dziwił się starożytnym pięknie dochowanym za- 
bytkom, ale nie przyjął tej gościny i wyszedłszy 
na miasto, blisko bramy Tyśmienicką zwanej, 
napatrzył dom żydowski zajezdny, stary ze 
złym dachem, ten sobie obierając na mieszkanie. 

Odjeżdżając potem ze Stanisławowa, dał go- 
spodarzowi domu dwa tysiące reńskich, ha re- 
paracyę jego domu, a Kossakowska darowała 
mu wszystek materyał z lasu do postawienia 
nowego i porządnego na tem miejscu. Żyd też 
wkrótce wzniósł domostwo okazałe i dał na 
froncie napis świadczący o bytności cesarza Jó- 
zefa II. w tem mieście. Kossakowska mówiła 



— 158 - 

wiele z cesarzem, a między innemi miała się 
wyrazić przy zdarzonej okoliczności: 

— Wasza Cesarska Mość mniemasz pewnie, 
źe w kraju naszym jest wiele papierni, gdy nam 
tu z Niemiec tyle nasyłasz galganów. 

Na to cesarz miał odpowiedzieć: Ludzie ubo- 
dzy zwykle szukają sposobu do życia, majętni, 
nie chcą się oddalić od majątku i pracować. 
Wszakże pamiętał cesarz tę rozmowę i w kilka 
tygodni potem, posyłając do Lwowa hrabiego 
Dietrichsteina na konsyliarza, na ręce jego dał 
list do pani Kossakowskiej, w którym między 
innemi wyraził się: Rozumiem, że hrabia do pa- 
pierni pani kwalifikować się nie będzie. 

Kossakowska z uniźonością i podziękowaniem 
odpisała cesarzowi Józefowi, dziękując za lepszą 
powziętą o kraju opinię i prosząc o więcej urzę- 
dników podobnych, szczęśliwsze wróżących czasy ; 
a razem przypominając krajowców. Razu jednego 
w Stanisławowie, żołnierz za wykroczenie, osą- 
dzony był na powieszenie, komendant rekwiro- 
wał od starościny o wydanie asygnacyi na 
drzewo dla postawienia szubienicy, Kossakowska 
na podanej sobie nocie, odpisała: 

— Kocham i szanuję stan żołnierski, nie mam 
drzewa na szubienicę dla żołnierza, gdyby 
wszakże dla którego z urzędników cywilnych 
zapotrzebowano ją stawić, całego lasu nie po- 
żałuję. 

I drzewa nie dała. 



— 159 - 

Stale będąc przywiązaną do imienia Potockich, 
Kossakowska uczyniła dobrodziejstwo Protowi Po- 
tockiemu (który był założył bank w Polsce), aby 
miał też i w Galicyi wypoźyczkę dla banku 
swego, odstępując mu dóbr Stanisławowskich 
bez pieniędzy, z warunkiem, aby jej dożywotnej 
pensyi wypłacał sto tysięcy złotych. Na to Prot 
Potocki osobną jej dał asekuracyę, a Kossakow- 
ska formalną mu dóbr zeznała donacyę, nie włą- 
czając już w nią tego warunku. Prot posłał na- 
tychmiast donacyę do tabuli, Kossakowska zaś 
w dobrej wierze, swojego zapewnienia do niej 
nie wniosła. Uchybił potem Prot Potocki, woje- 
woda kijowski, i wdzięczności i sprawiedliwości, 
gdy ogłaszając upadłość banku swojego (z przy- 
czyn ogólnej winy kraju) nie ostrzegł o tern 
wprzódy Kossakowskiej, ażeby tę asekuracyę 
do akt wniosła. Liczni wierzyciele w Galicyi 
będący, długi swe na Stanisławowie wprzódy 
intabulowali, a Kossakowska ze swoim odpadła 
i darowany sobie dożywotni fundusz, sto tysięcy 
złotych rocznie, straciła. Sprawę może niepra- 
wną, ale sprawiedliwą, w komisyi bankowej 
przegrała później. Wszakże ją ten wypadek 
w jej przywiązaniu dla familii Potockich nie 
zachwiał. Świadczyła im zawsze wedle możno- 
ści, swatała, żeniła, wyprawiała wesela. W Du- 
bnie, w czasie kontraktów, zwano pospolicie 
Kossakowską praczką imienia FotocMch, że ich 



— 160 — 

z długów i brudów oczyszczała, dawniej dopóki 
jeszcze całkowite z dóbr miała docliody. 

Oddawszy Stanisławów Protowi, osiadła we 
Lwowie, zamieszkując u St. Jura, w pałacu bi- 
skupów ruskicłi, na pięknej górze, w wesołem 
miejscu, oddalonem od miasta, zdrowem powie- 
trzu i wygodnym gmacłiu. Tam ją szanując 
wysoce, cała publiczność odwiedzała tłumnie, 
oddając zasłużoną cześć zacności tej pani i wiel- 
kim przymiotom. 

W dnie postne obiady rybne wydawała pu- 
blicznie dla wszystkich kto chciał przyjść, mó- 
wiąc, iż to czyniła dla dogodności pobożnych 
Polaków, gdyż Niemcy, psując staropolskie oby- 
czaje, umyślnie po traktyerach mięso w posty 
gotowali, aby zmusić Polaków do odstąpienia 
swoich zwyczajów i zaniechania ścisłej obser- 
wacyi dni postnych. Młodzież lwowska cisnąc 
się na smaczne owe postne obiadki, często zjad^ 
szy obiad, nie pokłoniwszy się nawet, nie zacho- 
wując najmniejszej etykiety dla grzecznej go- 
spodyni, wychodziła jak z traktyeru, co ją 
w końcu obraziło. Później więc już tylko pro- 
szone w piątek przyjmowała osoby na obiadach. 

Gdy jeden poufały przyjaciel jej, zapytał się 
Kossakowskiej, dlaczego tak dalekie od miasta 
obrała mieszkanie, odpowiedziała: 

— Abym prawdziwych wypróbowała przyja- 
ciół, którzy trudu dla odwiedzenia mnie tu nie po- 
żałują, w tych rzędzie liczę i WPana dobrodzieja. 



— 161 — 

Ktoś inny litował się nad utratą słuchu, 
gdyż później znacznie przygłuchła, na to mu 
rzekła: 

— Nie mam przyczyny żałować utraty słu- 
chu, nicbym już podobno dobrego nie posłyszała 
o mojej ojczyźnie, póki król Poniatowski i Ka- 
tarzyna II. żyć będą. 

Gdy w r. 1791 sejm konstytucyjny napełniał 
kraj odgłosem zewsząd się rodzących szczęśli- 
wych nadziei i patryotyzmu mnożyły się oznaki, 
Kossakowska wraz z Krasińskim Adamem, bi- 
skupem kamienieckim, przybyła do Warszawy, 
a że i król naówczas odegrywać musiał rolę 
patryoty, Kossakowska zjechawszy się z nim 
w domu Branickiej, kasztelanowej krakowskiej, 
na pierwszym wstępie odezwała się do niego: 

— Pierwszy raz witam mego króla i Polaka 
razem. 

Król jej odpowiedział uprzejmie: 

— Miło dla serca mego usłyszeć, żeś mnie 
pani nazwała Polakiem, więc już teraz wszyscy 
sobie jesteśmy przyjaciółmi. 

Gdy w dzień św. Stanisława czyniono w ogro- 
dzie Krasińskich wielkie przygotowania do ob- 
chodu imienin Stanisława Małachowskiego, mar- 
szałka sejmowego, i gdy pośród balu, spełniano 
toasty: 

— Wiwat naród z królem, król z narodem! 
Kossakowska powątpiewając zawsze o sta- 

HAjDłMACZYZNł li. 11 



— 162 — 

łości króla, dodawała mówiąc: Wiwat król z na- 
rodem! póki z narodem! póki z narodem! 

Słowa te jej, zachowane w pamięci, wielu 
obywateli nieuprzedzonych stały się wyrocznią 
przyszłości, gdy król zdradziwszy zaufanie sejmu 
później, uczynił akces do konfederacyi targo- 
wickiej. 

Często naówczas słyszano ją powtarzającą 
te słowa: Póki z narodem! 

Gdy konstytucya 3-go Maja ogłoszoną została, 
a córkę elektora saskiego, infantką polską w niej 
deklarowano, Kossakowska pisała list do elektora 
gaskiego, znany, bo był wydrukowany u Jana 
Potockiego, i gratis go przy 'gazetach rozdawano. 
Elektor saski odpisał jej na list stosownie, a res- 
ponsu tego przyłączam tu kopią: 

Mościa pani Kossakowska, kasztelanowa 
kamińska! 

List pełen wyrazów uprzejmych, które wielki 
umysł jej dyktował, odebraliśmy z przyjemnością. 
Wskrzeszona poprzedników naszych pamięć w na- 
rodzie polskim, przeświadczą o charakterze jego 
szlachetnym; pismo Jej o życzliwości dla nas 
i wysokich zdolnościach, o których zawsze mie- 
liśmy opinią na jaką zasługiwały. Wybór krwi 
naszej, chlubną jest rękojmią przywiązania ku 
nam narodu, którą wysoko cenimy. Gdyby to 
tylko od nas samych zawisło, nie wahalibyśmy 
się przyjąć tak miłych warunków. Wdzięczni 
-jesteśmy pani za oświadczone życzenia, i praw- 



- 163 — 

dziwy dla niej zachowamy szacunek. Życząc 
wszelkiego od Boga błogosławieństwa i t. d. 

Kossakowską osobiście zadowolniła ta grze- 
czna cłioć obojętna odpowiedź, ale z niej wno- 
sząc, utraciła zaraz nadzieję, aby dwór drezdeń- 
ski wybór ten przyjął, i przed powrotem księcia 
Adama Czartoryskiego z Saksonii, już źle za- 
wczasu wróżyła. 

Szczęsnego Potockiego zrazu szanowała bar- 
dzo, lecz rozrzucone na niego w czasie sejmu 
wiersze, gdy się do rąk jej dostały, mocno na 
tern uczuła. Starała się, aby w obronie jego roz- 
rzucono odpowiedź, ale ta pomyślnego wrażenia 
wywrzeć nie była zdolną na publiczność już źle 
o Szczęsnym uprzedzoną. Cierpiała wiele z tej 
przyczyny, nareszcie mówiła do swego sio- 
strzana: 

— Naprawi Ignacy sławę Szczęsnemu, wszak 
to obadwa Potoccy. 

Gdy nadeszła smutna wiadomość o związku 
konfederacyi targowickiej, tak mocno ją uczuła, 
iż natychmiast z Warszawy wyjechała, mówiąc: 

— Kossakowskich wywieszano; Potocki za- 
robił na szubienicę, wstyd mi już i nazwiska, 
które noszę i familii, z której pochodzę. 

— Stanąwszy we Lwowie, napisała list do 
Szczęsnego Potockiego, który się rozszedł po 
kraju (kopię jego starannie zachowują), dała 
w nim dowód głębokiego rozsądku i wielkiej 
znajomości polityki; geniusz jej podniósł się 

11* 



— 164 — 

w nim wysoko. Na samym wstępie wspomniała 
synowi, jak wojewoda ojciec jego w r. 1764 był 
od Rosyan zdradzonym, jak on powinien być 
pamiętnym na to, nie narażać się na los podobny 
i t. d. List ten wiele sławie Szczęsnego zaszko- 
dził. Już odtąd potem tak jej miłego człowieka 
wspomnieć nie było można, nie wywołując obu- 
rzenia. Drugiego roku po Targowicy, przybyw- 
szy do Lwowa Dyzma Bończa Tomaszewski, 
sekretarz konfederacyi targowickiej, człowiek 
światły i pełen talentów, niepotrzebną oddał 
kasztelanowej wizytę u S. Jura. Ta przypomniaw- 
szy sobie jego imię z uniwersałów targowickicłi, 
na pierwszem przywitaniu rzekła: 

— Mości panie, to jest góra św. Jerzego, 
cnotliwych schronienie, omyliłeś się pan, przy- 
chodząc tu, rozumiałeś, że to góra Awentynu. 
Nie, nie, cesarz rzymski nie myśli tu nowej sto- 
licy zakładać. 

Tomaszewski przymuszony zmilczeć, wkrótce 
się stąd wyniósł i więcej nie postał. 

Jadąc razu jednego na spacer w jednej z gu- 
bernatorem lwowskim karecie, spostrzegła na 
ulicy dwóch razem żebraków Polaka i Niemca, 
zawołała kamerdynera i rozkazała mu, aby Po- 
lakowi dał jałmużny złoty, a Niemcowi dukata. 

Posłyszawszy to gubernator, spytał o przy- 
czynę takiej w jałmużnie różnicy, z czego mu 
się starościna wytłómaczyła. 

— Polak do śmierci przeznaczony jest na 



— 165 — 

nędzę, trzeba mu będzie często po złotówce da- 
wać, a Niemcy się u nas prędko zbogacają, 
drugi raz juźby może nie wziął jałmużny, a jak 
wkrótce konsyliarzem zostanie, to mi to będzie 
pamiętał. 

Gubernator pożałował pewnie swej niewcze- 
snej ciekawości. 

Gdy się dowiedziała o śmierci Mniszka, cho- 
rążego nadwornego, który zmarł nagle, ode- 
zwała się: 

— Po śmierci, gdy eksenterowano Mniszka, 
znaleziono okeło serca małego Niemczyka, który 
go życia pozbawił. 

Z siostrą swoją rodzoną, kasztelanową lwow- 
ską, gdy się zjechały, Kossakowska ujrzawszy 
ją ociemniałą, zawołała: Mój Boże! dwie nas 
tylko siostry pozostały na świecie, ja ciebie nie 
słyszę, a ty mnie nie widzisz.. 

Gdy we Lwowie, dla rozwodu z mężem ba- 
wiąc W(ittowa), głośna z piękności i płochości ko- 
bieta, przybyła w odwiedziny do Kossakowskiej 
i przedstawiła jej z dziwną śmiałością dwóch 
chłopaczków, mówiąc: To są pana S natu- 
ralni synowie. Kossakowska oburzona, nie mo- 
gąc znieść zimnej krwi z jaką się do tego przy- 
znawała, przerwała żywo, nagle: A wieleż to 
tam pani dziatek zostawiłaś w Stambule ? Potem 
dodała z uniesieniem: 

— Nieszczęsny Szczęsny! Zabrnął już po 
szyję, chce się utopić w niesławie. 



166 



Nie mogła długo przemieszkać we Lwowie, 
gdyż ją Austryacy prześladowali, za korespon- 
dencye z Kościuszką , posyłanie młodzieży do 
insurekcyi i dawanie jej pieniędzy. Dobra jej 
Komar zabrał, lubo więc coraz zmniejszały się 
jej dochody, wszakże dawniejszych w swych 
dobrach dzierżawców nie podwyższając sum 
arendownych, utrzymywała; a gdy raz jakiś je- 
gomość ofiarował jej większy za dzierżawę ka- 
pitał, aby starego podkupić dzierżawcę, odrzu- 
ciła to, mówiąc: 

— Gdy mi WPan drożej zapłacisz, będziesz 
uciskiem na poddanych poszukiwał swego wy- 
datku, ja wolę starych moich przyjaciół, którzy 
choć po śmierci mnie wspomną, że się za mo- 
jego życia czegoś dorobili. 

Dla ugryzienia kasztelanowej, raz za mały 
dłużek jakiś przyszedł ją we Lwowie komornik 
tradować, ta mu kazała srebrne naczynie nocne 
(niewypróżnione) podać, dysponując, aby je ota- 
ksowano, sprzedano, dług opłacono i resztę sza- 
cunku jej zwrócono. 

Na kilka lat przed śmiercią, zadzierżawiła 
sobie przez licytację w Kamerze miasto Kry- 
stynopol, z pięknym pałacem, który wyporządzić 
kazała, i tam do samej prawie śmierci mieszkała, 
jako w sławnej niegdyś wojewody kijowskiego 
rezydencyi. Lubo się usunęła nieco od ludzi, 
wyjeżdżając ze Lwowa, ale i tu choć na ustro- 
niu, ukrytą pozostać nie mogła. Prawdziwi-przy- 



- 167 - 

jaciele i szacunek powszechny towarzyszyli jej 
wszędzie, nareszcie przywykła do życia towa- 
rzyskiego, nie mogła się już na starość prze- 
mienić. Krystynopol po utracie swych panów 
dziedzicznych, gdy przeszedł na dobra kame- 
ralne, został już prawie zapomniany, ale po za- 
mieszkaniu go przez kasztelanową , odzyskał 
dawną swą świetność i nowego nabrał blasku. 
Obywatele bełzcy najmilsze tu dni w domu jej 
spędzali na zabawach, Potoccy przesiadywali 
przy niej kolejno, najpierwsze w kraju osoby 
opierały się nieustannie o Krystynopol. Żeniła 
i tu jeszcze, swatała, podtrzymywała Potockich. 
Nie było jednego dnia w roku, żeby któryś 
z nich przy niej nie bawił. Pod koniec może 
jej tam nieraz czegoś niedostawało do wygód 
życia, z przyczyny odpadłych intrat, ale ona 
to znosiła umysłem równym, a gościom umiała 
wynagrodzić serdecznością przyjęcia. 

Wiadomość o zgorzeniu pałacu w Warsza- 
wie, który od Szczęsnego po Mniszku była ku- 
piła za 245,000 złt., sprawa przegrana z Protem 
Potockim, utrata intrat 150 tysięcy, z dóbr 
w kraju zabranym, dla kogo innego byłoby to 
największem nieszczęściem i do skarg powodem, 
Kossakowska zniosła to wszystko z krwią zi- 
mną i rezygnacyą. Zbliżała się powoli do końca 
swego, pochylona wiekiem i zmarła w podeszłej sta- 
rości w Krystynopolu (1801 r.), z żalem powszech- 
nym wszystkich, którzy ją znali. Po śmierci jej, re- 



— 168 — 

sztę pozostałych ruchomości i sprzętów, dla mi- 
łej pamiątki po drogiej osobie, na licytacyi prze- 
płacali obywatele. Pamięć tej pani, w długie 
przetrwa wieki, bo i cnotą i rozumem była 
ozdobą tych czasów, w których jeśli rozum nie 
był rzadkim, cnota prawie niewidzianą się 
stała, a obojga razem nie wiele było przykła- 
dów ^). 



1) Życiorys Kossakowskiej podał L. Siemieński 
w » Tygodniku illustr.« z r. 1862 oraz w » Portretach li- 
terackich*, t. I. (H. M.) 



SPIS RZECZY. 



Str. 

Przedmowa 5 

1. Kruszelnicki, Opisanie rzezi umańskiej w r. 1768 7 
II. Skargi i zażalenia księży Unitów 18 

III. List Kwiatkiewicza do Potockiego o rzezi hu- 
mańskiej 30 

IV, Franciszek Salezy Potocki 33 

V. Wyciąg z pamiętnika Chrząszczewskiego . ... 51 

VI. Mikołaj Bazyli Potocki 130 

VII. Katarzyna z Potockich Kossakowska 147 



DK 
508 
.7 
M6 
ez.2 



Mościcki, Henryk 

Z dziejów Hajdamac żyzny 



PLEASE DO NOT REMOYE 
CARDS OR SLIPS FROM THIS POCKET 



UNIYERSITY OF TORONTO LIBRARY